Kasabian – „Empire”

22 sierpnia 2006
ok. 2 minut czytania

Po pierwsze: panowie z Leicester nieco odstają muzycznie (ale o tym za chwilę). Po drugie: za osobowe wzorce postawili sobie braci Gallagherów. A nic tak ładnie nie dopełnia rock’n’rolla, jak pyskaci zarozumialcy. Do megalomańskich szczytów, które osiągnęli liderzy grupy Oasis, jeszcze im daleko, niemniej Tom Meighan z kolegami są na dobrej drodze. Ów przydługi wstęp miał posłużyć za wytłumaczenie mojej sympatii do kwartetu. Członkowie Kasabian do krainy muzycznych bogów bowiem nie należą, wyróżniają się jednak miłą dla ucha tendencją łączenia ostrej, transowej elektroniki z rockową zadziornością. Na swoim drugim albumie, „Empire”, udowadniają ponadto, że z tworzeniem zgrabnych kompozycji mają tyle problemów, co z przeklinaniem. Czyli zero.

Pierwszy longplay bandu zapadł w pamięć za sprawą elektroniczno-gitarowych ukłonów w stronę formacji Primal Scream. Podobnie jest na nowej płycie, z tym, że dorzucono jeszcze harmonie a la Oasis (lub jak kto woli – a la The Beatles). Gdyby Bobby Gillespie nie upodobał sobie ostatnio klimatów country, na pewno pozazdrościłby młodszym kolegom kawałka „Stunman” (wcześniej, w innej wersji, znanego z filmu „Hooligans”). Z kolei najsłynniejsze manchesterskie rodzeństwo zapewne nie wzgardziłoby numerem „Britsh Legion” w swoim zestawie.

Muzycy Kasabian ewidentnie starają się jednak dać coś od siebie, czego efektem jest glamrockowe nagranie „Shoot The Runner” czy okraszone trąbkami, lekko psychodeliczne „The Doberman”. Chociaż już „Sun/Rise/Light/Flies” brzmi jak bardziej rockowe, przyspieszone „Let Forever Be” duetu The Chemical Brothers (z Noelem Gallagherem na wokalu notabene).

Podobnie jak przy debiutanckim krążku „Kasabian”, owe liczne inspiracje nie są na tyle nachalne, aby przeszkadzały w rozkoszowaniu się muzyką zespołu. Ponieważ utworów Kasabian świetnie się słucha. Nie dobrze, nie fajnie, tylko naprawdę rewelacyjnie.