Kendrick Lamar – „Good Kid M.A.A.D City”

19 grudnia 2012
ok. 2 minut czytania

Długo zbierałam się do „Good Kid M.A.A.D City”. Nie dlatego, że nie lubię Kendricka Lamara. Wręcz przeciwnie, jego pojedyncze numery, gościnne występy i mikstejp „Section.80” są co najmniej dobre, obiecujące. Problem w tym, że nim jeszcze album się ukazał, wszyscy dookoła próbowali mi wmówić, że Kendrick jest geniuszem i zasypywali mnie fragmentami dzieła i jego pochodnymi (remiksami, freestylami). W ten sposób miałam tej płyty dość nim jeszcze jej posłuchałam. Na szczęście mi przeszło, więc z dużym zaciekawieniem włączyłam pierwsze oficjalne wydawnictwo muzyka z kalifornijskiego Compton. I muszę przyznać, wszyscy zachwycający się krążkiem mieli rację.

Moje pierwsze skojarzenie to… Radiohead. Nie w bezpośredni sposób, oczywiście. Kendrick ma jednak wbrew pozorom wiele wspólnego z ekipą z Oksfordu. Proponuje, tak jak Anglicy, muzykę wyrafinowaną, ciężką do jednoznacznego sklasyfikowania i niełatwą. Z drugiej strony to nic nad wyraz skompilowanego, przez co trzeba się mozolnie przebijać. Nic, co adresowane jest do wąskiej grupki wtajemniczonych zapaleńców. Sporo tu prostych, chwytliwych momentów, które bardzo szybko zagnieżdżają się w naszych głowach, zmyślnych bezpośrednich chwytów. To jak najbardziej alternatywne oblicze hip-hopu, ale wcale nie tak odlegle od mainstreamu. „Good Kid M.A.A.D City” wyróżnia inteligencja, wyobraźnia, polot. Mniej więcej to samo można powiedzieć o dokonaniach Kanye Westa, Lamar aż tak nie szarżuje produkcyjnie, nie ma tendencji do przepychu, iście barokowych rozwiązań. Jego muzyka jest bardziej surowa, co nie znaczy zimna, bezosobowa. Kendrick lubi ciepłe brzmienia, przyjemne „aksamitne” faktury. Elektronika nie jest u niego cybernetyczna, futurystyczna, lecz raczej miękka, czasem wręcz eteryczna. Jego hip-hop nie jest bojowy, nasycony tłustymi bitami, ale też zdecydowanie nie jest to balangowe granie skrzące od tanich sztuczek. Lamar ma też zdolność dominowania, przez co żaden z gości nie ma szans ukraść mu show.

Celowo nie wymieniam poszczególnych numerów, bo to jednak płyta, którą powinno się konsumować w całości. Nie twierdzę, że po pierwszym przesłuchaniu podbije wasze serca, ani po drugim czy trzecim. Temu albumowi trzeba poświęcić nieco czasu, skupienia. Trzeba nastawić się na coś innego niż rap z list przebojów, ale zdecydowanie warto.