Kid Ink – „My Own Lane”

19 lutego 2014
ok. 2 minut czytania

Jego kariera rozpoczęła się w 2010 roku, gdy debiutował interesującym mikstejpem „World Tour”. Od tego czasu regularnie wydawał kolejne materiały, z których najlepsze przyjęcie miały darmowy „Daydreamer” i oficjalny debiut „Up & Away”, któremu udało się namieszać na listach sprzedaży pomimo oszczędnej promocji. Wynikało to z tego, że wydał go w niezależnej, małej wytwórni The Alumni Music Group. Dobre recenzje i sprzedaż zwróciły na Kid Inka uwagę znacznie poważniejszych oficyn, z których na swój nowy dom wybrał RCA.

Dziś możemy stwierdzić, że była to dobra decyzja. 27-letni raper zyskał duży budżet i znacznie większe możliwości, pozostając przy tym jednak tym samym kolesiem, którego poznaliśmy na niezależnych wydawnictwach. Dla jednych będzie to wada, dla innych zaleta, a zupełnie obiektywnie i uczciwie przyznać trzeba, że „My Own Lane” najbardziej spodoba się słuchaczom hip-hopu, którzy jego wcześniejszych dokonań nie znają. Wówczas mogą wręcz zachwycić się talentem Kid Inka do mieszania rapu z podśpiewywaniem, świetnego balansowania na granicy komercyjnego hip-hopu, R&B i lekko klubowych brzmień, za które odpowiada tutaj cała śmietanka najbardziej obecnie rozchwytywanych w mainstreamie producentów (The Futuristics, Danja czy DJ Mustard). Docenią niezłych gości, a przede wszystkim to, że gospodarz dopasował ich do poszczególnych nagrań naprawdę z głową. Do tego stopnia, że trudno sobie wyobrazić „Main Chick” bez Chrisa Browna czy „Bossin' Up” w innym składzie niż z A$AP Fergiem i Frenchem Montaną.

Jak napisałem już na wstępie, Kid Ink nie zaproponował nam niczego, czego byśmy wcześniej nie znali. Nie ma charyzmy Busta Rhymesa, flow Kendricka Lamara, lirycznej błyskotliwości Commona. Tylko na dobrą sprawę, jakie to wszystko ma znaczenie, skoro płyty słucha się naprawdę wybornie, a takie numery jak „Show Me”, „Murda” oraz „No Miracles” na długo zostają w głowie?!