Killing Joke – „MMXII”

11 kwietnia 2012
ok. 2 minut czytania

Killing Joke to grupa, której równe wiele zawdzięcza industrial i gothic, co grunge (uwielbiał ich Kurt Cobain) i metal (ich covery nagrywała Metallica). To zespół, który wszyscy szanują, doceniają, podziwiają – w szczególności muzycy i krytycy. Zarazem jednak mało kto słucha. Albumy kapeli jedynie w rodzinnej Anglii trafiają na listy – choć i tam zwykle w dolne rejony. Trudno się jednak dziwić, skoro szef Killing Joke, Jaz Coleman nazywa swą twórczość „destrukcyjną”, „stworzoną na czasy wojen i konfliktów”. Każdy, kto choć raz zetknął się z tą monumentalnie potężną, apokaliptyczną i bezdusznie lodowatą muzyką bez najmniejszych wątpliwości rozumie, co artysta ma na myśli.

Na szczęście dla szerszego grona słuchaczy apogeum dźwiękowej destrukcji Killing Joke już osiągnął – w 2006 roku prawdziwie antykomercyjną „Hosannas From The Basements Of Hell”. Od tego czasu proponuje nam dźwięki zdecydowanie łatwiejsze w odbiorze. Taki był „Absolute Dissent” z 2010, taki też jest „MMXII” (czyli z rzymskiego na nasze – 2012). Zachowując potęgę gitar i transową rytmikę, Coleman napisał utwory, które zasługują na miano… piosenek. Melodyjne – choć oczywiście podniosłe – opatrzone zaskakująco fajnymi refrenami. Wierne zespołowej tradycji – żaden prawdziwy fan Killing Joke nie będzie się miał do czego przyczepić – a przy tym nośne i świeże (hołd dla brzmień z lat 80. w łagodniejszym „In Cythera” – po prostu wyborny!). Kto by pomyślał, że po trzydziestu latach na scenie i przekroczeniu pięćdziesiątki Jaz zapragnie sobie po prostu fajnie pomuzykować, zamiast szokować, wstrząsać i niepokoić. Nie odpuścił jedynie w tekstach – jak zwykle ostrzegających ludzkość przed zagładą. Tak już ma – i zapewne mieć będzie.

Killing Joke trzeba i warto znać. Ale zanim złapiemy się za porażające „Pandemonium” czy prawdziwie złowieszczy debiut, możemy przeszkolić się na „MMXII”. To Killing Joke, którym nie trzeba się zafascynować, ale (o dziwo!) można po prostu polubić.