Kings of Leon – \”Come Around Sundown\”

26 kwietnia 2011
ok. 2 minut czytania

Nie chodzi nawet o sama muzykę, choć echa \”Joshua Tree\” pobrzmiewają tu i ówdzie, ale o jej potencjał. To już nie braciszkowie z Tennessee, nie czwórka młodzieńców z rockowym zapałem, to jeden z największych zespołów świata.

Poprzedni longplay grupy, \”Only by the Night\” okazał się – trochę niespodziewanie dla samych zainteresowanych – wielkim sukcesem. Nazwa Kings of Leon pisana była największą czcionką na festiwalowych plakatach, a kilkutysięczne sale koncertowe zaczęły być za małe. Po takiej reakcji Amerykanie mieli dwa wyjścia – albo wykonać obrót o 180 stopni, albo – jak mawiają za oceanem – go with the flow. Kwartet wybrał drugie rozwiązanie. \”Come Around Sundown\” to bardzo świadoma stylistycznie kontynuacja tego, co znamy z ostatniego krążka. Materiał jeszcze bardziej spójny, przemyślany, wycelowany prosto na największe stadiony.

Panowie mają niesamowity dryg kompozytorski, z czego skrzętnie korzystają. Piosenki są piękne, okrutnie melodyjne, często tęskne, z refrenami, które będzie można wyśpiewywać na koncertach pełną piersią (już słyszę te tłumy z \”it\’s in the water, it\’s where you came from\” na ustach). Jednocześnie są jednak perfekcyjnie wyważone i skrojone do radia. Nie spodziewajcie się jakichś gitarowych ekscesów, które wprawiłyby w niepokój potencjalnego prezentera, nie ma wrzasków, aranżacyjnych eksperymentów, artystycznych wolt. Owszem brzmienie jest organiczne, dźwięczące od metalicznych gitar, przetkane gdzieniegdzie coutry-folkowymi dźwiękami, jednak mocno wygładzone. Męska, rockowa zadziorność w nadwątlonej postaci ostała się zaledwie w kilku fragmentach (\”Mary\”, \”Pony Up\”). Reszta to równie bezpieczne, co przebojowe numery.

Tu nie ma zapychaczy. Nie ma słabych piosenek, ale zabrakło żaru i ogania. Po surowym , szorstkim brzmieniu, brudzie znanym z początków kariery kapeli zaginął już wszelki ślad. \”Come Around Sundown\” słucha się przyjemnie, a wręcz zbyt przyjemnie. Trudno się bowiem oprzeć wrażeniu, że ta płyta to po prostu efekt zimnej kalkulacji. Taktyczny atak na serca kolejnych zastępów fanek.