Lily Allen – „Sheezus”

8 maja 2014
ok. 2 minut czytania

Mama Lily Allen za wszelką cenę stara się przekonać nas, że jest tą samą dziewczyną, która nie wstydząc się swych kształtów pilnie obserwowała i punktowała świat. Na każdym kroku wychodzi jednak, że to już zupełnie inna osoba. Osoba, która straciła czucie i mocno złagodniała. Tematy, które porusza (naśmiewanie się z celebrytów, kultu piękna) czy ironiczne muzyczne wstawki (auto-tune, dubstep) są równie passé co zwrot „passé”.

Zacznijmy od tekstów. Ani specjalnie kąśliwe, ani nader błyskotliwe. Angielka głupia nie jest i coś do powiedzenia ma, ale tym razem wygląda to jak przegląd „Pudelka”, a nie własne, oryginalne spostrzeżenia. No i pazurki raczej krótko przycięte i wypiłowane, niż naostrzone.

Muzycznie wcale nie jest lepiej. Trochę jak w objazdowym wesołym miasteczku. Dużo atrakcji, dużo waty cukrowej, a na koniec mdłości. Co prawda Allen raz chętniej sięga po elektronikę („L8 Cmmr”), kiedy indziej po hip-hop („Sheezus”), czasem po retro-soul („Close Your Yes”), a nawet po folk („As Long as I Got You”), ale wszystko oblewa hektolitrami lukru, sprawiając, że całość jest nieznośnie mdła, w tym samym bladym kolorze. Jeśli nowa płyta miałby mieć kolor, byłby to majtkowy róż.

Z mojej strony największym zarzutem jest brak naprawdę dobrych piosenek. Singlowe „Hard Out Here” to trochę za mało na cały longplay. Przy dobrej chęci można jeszcze wykroić kilka numerów do radia, ale będą one co najwyżej plumkać i pobłyskiwać tanim brokatem, aniżeli podbijać listy przebojów.

Nie chcę być wulgarna, ale „Seezus” przypomina pełną pieluchę. Niby pastelowe szlaczki, kwiatuszki i inne rozkoszne rysuneczki, ale całe to ładne opakowanie nie zmienia zawartości.