Lord Dying – „Summoning The Faithless”

10 sierpnia 2013
ok. 2 minut czytania

Podczas słuchania pierwszej płyty kwartetu jakoś tak bez specjalnego powodu nasunęła mi się myśl, że Lord Dying to któryś tam już zespół z Portland, jaki dane było mi w niedalekiej przeszłości słuchać. Poszperałem sobie w cyberprzestrzeni i okazało się, że miasto to ma przewspaniałą muzyczną tradycję, w której są choćby legendarni The Kingsmen (ci od evergreenu „Louie, Louie”), The Wipers (ci od genialnego „When It’s Over”), Poison Idea, „pudle” z Black 'N' Blue (Tommy Thayer dziś szarpie strun sześć w Kiss), mroczny Agalloch czy cudownie wariacki Red Fang. Do tego zaszczytnego grona należą też Don Capuano (gitara basowa), Jon Reid (perkusja, śpiew), Chris Evans (gitary), Erik Olson (gitary, wokal).

W odróżnieniu od wielu kapel z podobnego kręgu, Lord Dying śpiewa głównie o psychicznych cierpieniach człowieka, nie stroni też od treści społeczno-politycznych, zanurzając swoje impresje w obfitym zbiorze mrocznych, soczystych, ciekawych riffów, bez przesadzonego brudu z gitar i narkotycznego nalotu. Kapela unika monotonii, co udaje się dzięki mądrej syntezie elementów różnych stylów w każdym z kawałków. Weźmy za przykład otwierający „In A Frightful State Of Gnawed Dismemberment”, w którym jest i dość szybki thrash i powolny sludge/stoner albo kolejny „Summoning The Faithless”, gdzie słychać cudowny sabbathowski ciężar, przygniatający doom w części środkowej, przetykany krótką melodyjną solówką o pochodzeniu klasycznie heavy plus lekkie thrashowe młócenie. Frazowanie wokalu w „Descend Into External” skojarzyło mi się trochę z „Post Mortem” Slayera, ale nie ma mowy o podłej zrzynce i w niczym nie ujmuje to skojarzenie wysokiej jakości krążka. Jak się uczyć i czerpać od kogoś, to od najlepszych.

Fantastycznie grają gitary, świetnie napędza wszystko sekcja, brzmienie jest takie jak trzeba. Jeśli czegoś mi brakuje na „Summoning The Faithless” to numerów, które zapadają w pamięć, hitów tego typu grania. Ale bądźmy miłosierni i pamiętajmy, że mamy do czynienia z debiutantami. Przezdolnymi! Którzy wkrótce mogą wpędzić w kompleksy High On Fire, Down, Kylesę, Baroness, Black Tusk i swoich ziomków z Red Fang. Jeszcze są trochę brzydkim kaczątkiem, ale już przeistacza się ono w pięknego łabędzia. Czarnego, rzecz jasna.