Mama Selita – „3, 2, 1…!”

13 marca 2012
ok. 2 minut czytania

Panowie naprawdę uczciwie przepracowali ten okres, oddając w nasze ręce wydawnictwo, które sprawdzi się i w samochodowym audio i na imprezie, a przede wszystkim ma ogromny potencjał koncertowy.

„3, 2, 1…!” to rarytas dla tych, którzy fascynację muzyką zaczęli przeżywać w połowie lat 90., słuchając na przemian Beastie Boys, Rage Against the Machine, Red Hotów oraz amerykańskiego hip-hopu. Podobne środki wyrazu, podobny rodzaj tekstowej wrażliwości u Igora Seidera, który jawi się jako wokalista z jednej strony ambitny, walczący, chcący nam sporo przekazać, ale przy tym trochę oderwany od ziemi, mocno refleksyjny, marzycielski. Trochę taki bojowy romantyk na podobiznę Zacka de la Rochy. W jego tekstach króluje prostota, ale mam tu na myśli to, że Igor zwyczajnie nie bawi się w jakieś przekombinowane wywody, tylko szczerze, często bawiąc się ironią oraz skojarzeniami, opowiada nam o sobie, swoim świecie, myślach. Dobrze wypada to zarówno w szybszych kompozycjach, podszytych funk-rockowym duchem (początek albumu – „Napad”, „Brudne bomby” – prawdziwy ogień!), jak i spokojniejszych, bardziej wyważonych kawałkach, odchodzących w stronę żywego, leniwego hip-hopu („Nie wolno się śmiać”). Warto też zwrócić uwagę, że nadzorujący produkcję Marcin Bors, nie zdominował wydawnictwa swoimi sztuczkami. Zadbał o to, żeby wszystko brzmiało na światowym poziomie, ale bez utraty tego brudu, szorstkości i mocy, jaką Mama Selita od lat imponuje. Na wstępie wspomniałem, że „3, 2, 1…!” to zestaw kawałków, które doskonale sprawdzą się na koncercie. Tego jestem pewien w stu procentach. Tak jednak pomyślałem sobie, że warto go też przetestować jako płytę na rozbudzenie z rana oraz dobre tło do wiosennych wypraw rowerowych. Bo też dobra muzyka obroni się zawsze w przeróżnych okolicznościach. Tutaj jest ona wręcz bardzo dobra.