Marillion – „Less Is More”

15 maja 2010
ok. 2 minut czytania

Z jakiegoś powodu muzycy żyją w przekonaniu, że nagrania typu „unplugged” podnoszą ich prestiż oraz prezentują niekwestionowaną wartość na rynku wydawniczym. Rockmani ubzdurali sobie, że odarcie piosenek z gęstych aranżacji eksponuje ich prawdziwą wartość, dowodząc jednocześnie artystycznego polotu twórców. Warto jednak pamiętać, że aranżacyjny minimalizm wymaga ogromnego wyczucia, a im prostsza struktura piosenki, tym trudniej zrobić z niej ciche arcydzieło.

W pracy nad dwunastoma starymi-nowymi piosenkami Marillion wykazał się umiarkowanym polotem. Dwa utwory udały się Brytyjczykom doskonale – utrzymane w stylu retro „If My Heart Were A Ball” oraz zamykający płytę utwór-niespodzianka, którego wymienić mi nie wolno, bo niespodziankę zepsuję. Gdyby artyści zdecydowali się zrealizować cały album w takiej właśnie jazzująco-soulującej konwencji, „Less Is More” byłoby sympatyczną ciekawostką, a Marillion mógłby występować na scenie obok Amy Winehouse. Lecz niestety, pozostałe aranżacje są mdłe, a ostatnia trójka („It’s Not Your Fault”, „Memory Of Water”, „This Is The 21st Century”) może przyprawić o depresję. Muzycy zapewniają, że ich nowe dzieło doskonale nadaje się na jesienne wieczory. Z moich obserwacji wynika jednak, że wysłuchiwanie Steve’a Hogartha zawodzącego przez pół godziny w jednej tonacji przy nie narzucającym się akompaniamencie gitary lub fortepianu może w słotne dni przyprawić o myśli samobójcze.

Mają rację członkowie Marillion twierdząc, że „mniej znaczy więcej”. Szkoda tylko, że nie zastosowali się do tej maksymy, rewidując wydawnicze plany na bieżący rok. Zamiast produkować kolejny w historii rocka przeciętny album akustyczny, lepiej było zrobić jeszcze mniej i po prostu pomilczeć przez kilka kolejnych miesięcy. Również w świecie muzyki często sprawdza się maksyma, że milczenie jest złotem.