Marilyn Manson – „Born Villain”

23 maja 2012
ok. 2 minut czytania

Nie potrafią tego zrozumieć chociażby deathmetalowcy, dlatego większość płyt w tej stylistyce po pięciu minutach słuchania wywołuje ziewanie, a może nawet drzemkę. Tej zasady nie kuma także Marilyn Manson, który przyjąwszy w latach 90. prowokacyjny image i „szokującą”, „wulgarną”, „ekstremalną” estetykę swej muzyki od prawie dwudziestu lat nie jest skłonny odpuścić ani o centymetr.

Najodważniejszym eksperymentem Mansona pozostaje do dzisiaj „Mechanical Animals” z 1998, gdzie czerpiąc garściami z twórczości Davida Bowiego w zaskakująco skuteczny sposób poszerzył brzmienie swojego zespołu i złożył elegancki ukłon w stronę glamrockowej przebojowości. Później jednak zamknął się w swoim malutkim, industrial-gothic-rockowym ogródku i orał go w tę i z powrotem, w tę i z powrotem. I chociaż twierdzi, że „Born Villain” jest dlań wynalezieniem siebie od podstaw, transformacją, „urządzaniem na nowo opróżnionego pokoju”, album okazał się znowu tym samym, obleśnym, zakochanym w sobie Mansonem.

Jasne, można doszukiwać się na przykład echa lat 80. w takim „The Gardener”, gdzie zwrotka zaaranżowana jest quasi-zimnofalowo. W „Slo-Mo-Tion” pojawiają się z kolei zaśpiewy w falsecie, nasuwające skojarzenia z Eagles Of Death Metal. Czyli coś niby się tu dzieje. Ale i tak już od 8 sekundy tego albumu słyszymy niezmiennie syntetyczne bębny, chwilę później wchodzi niezmiennie jęczący, rzucający fuckami pan wokalista, a w końcu w refrenie następuje gitarowy atak o niezmiennym od lat brzmieniu. I tak, niestety, do końca tej godzinnej, upierdliwej i męczącej płyty. Żadnego ratunku pod postacią przeróbki Soft Cell czy Eurythmics. Wyłącznie „urodzony czarny charakter”, Brian Warner, w autorskim hymnie na swoją cześć.

Oczywiście zarzucanie artyście wierności własnemu stylowi może być zabiegiem karkołomnym, a niektórzy wielcy są wielkimi właśnie dlatego, że zawsze pozostają sobą. Nie jestem jednak skłonny stawiać grupy Marilyn Manson w jednej lidze z AC/DC czy nawet Motörhead. To klasycy, którzy stworzyli brzmienie rocka. A Manson to przebrzmiała gwiazda lat 90., która nie zauważyła, że od paru lat jej płyty sprzedają się coraz gorzej.

Tylko dla największych zapaleńców.