Marilyn Manson – „The High End of Low”

26 listopada 2009
ok. 2 minut czytania

Kiedy pojawiły się wieści, że jeden z utworów z zestawu będzie nosił tytuł „Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon” (cudo, nieprawdaż?) było wiadomo, że Manson szykuje to, co lubimy najbardziej. Że będzie się bawił, drwił, dawał prztyczki w nos. – Napisałem ten numer w dużej mierze tylko po to by wkurzyć wytwórnię – wyznał szczerze wokalista. Tymczasem wydawca miłe go zaskoczył wydając numer na singlu. Decyzja całkiem trafna, bowiem piosenka dobrze oddaje charakter dzieła. Dużo tu rytmicznych, wpadających w ucho numerów, choć nie aż tak przebojowych, jakimi w przeszłości raczyła nas kapela. Inny promujący zestaw numer – „We’re from America” – daje dla odmiany mylne wrażenie, że mamy do czynienia z industrialną młócką. Całość jest zdecydowanie rockowa, chwilami wręcz organiczna. „I Want to Kill You Like They Do in the Movies” nie dość, że zaczyna się jak Alice In Chains, później pokrywa mroczną pajęczyną w stylu The Cure, to w środku czaruje sabbathowskim riffem. Z kolei „Four Rusted Horses” hipnotyzuje perkusyjną „wirtuozerią” godną Meg White. Zgrabnie wypada ponadto „Leave a Scar” z bluesowym nerwem, „WOW” ze wstępem do złudzenia przypominającym „Closer” Nine Inch Nails, walczykowe „I Have to Look Up Just to See Hell” i w ogóle większość utworów. Osobiście wycięłabym tylko wolne kompozycje, bo jak bym chciała słuchać wyliniałych ballad, włączyłabym sobie Linkin Park, ale od czego mądrzy ludzie wymyślili przycisk „skip” na pilocie.

Po posępnym – i nudnym – „Eat Me, Drink Me” ślad na szczęście zaginął. „The High End of Low” to nieźle wyważona mieszanka rockowego pazura (gitary zdecydowanie dominują), industrialnego chłodu i – co najważniejsze – chwytliwych melodii. Może nie jest to album epokowy, ale na pewno taki, który nie zawiedzie.