Maroon 5 – „V”

31 sierpnia 2014
ok. 2 minut czytania

Od razu zaznaczę. Rozumiem, że można być pełnoletnim i lubić niektóre piosenki Maroon 5. Adam Levine i spółka wiedzą, co to zgrabna melodia, chwytliwy refren, potrafią też czasem wykrzesać z siebie energię, a „Moves Like Jagger” jest najzwyczajniej zaraźliwe. Jestem w stanie pojąć, że niektórym podoba się wysoki acz czysty jak łza głos wokalisty, choć dlaczego został uznany najseksowniejszym facetem na świecie (przez magazyn „People”) już nie ogarniam. A już całkowicie nie mogę uwierzyć (czy raczej nie chcę), że dorośli ludzie kupują ich płyty i słuchają od deski do deski.

„V” nie jest złą płytą. Jest kosmicznie nijaką, bezbarwną, mdłą, konfekcyjną płytą. Zakrawa to na produkcję taśmową. Bierzemy kilka elementów i składamy z nich piosenki, które niewiele będą się od siebie różnić i które zapomnimy nim wybrzmią do końca. Tyle w tym naiwności, manieryzmu i kalkulacji, iż naprawdę ciężko wytrzymać do końca albumu, mimo iż czeka tam na nas Gwen Stefani. Niestety, nawet na nią nie warto czekać. Ballada „My Heart Is Open” nie jest piękna, ani nawet ckliwa. Po prostu tandetna. Szkoda, bo charyzmatyczna frontmanka No Doubt mogła wnieść nieco charakteru do muzyki Maroon 5. Z drugiej strony, nie jest tajemnicą, iż ten duet to transakcja biznesowa, bowiem Stefani i Levine pracują przy programie „The Voice”.

„V” to zestaw zabarwionych bezpieczną dawką elektroniki pop-rockowych piosenek. Skrojonych pod radio i małolaty, które przy wolniejszych numerach będą marzyły o wolnym z kolegą ze starszej klasy.