Mayer Hawthorne – „How Do You Do”

9 października 2011
ok. 2 minut czytania

Tutaj piękna historia się urywa. „How Do You Do” to gorsza wersja debiutanckiego longplaya „A Strange Arrangement”. Gorsza, bo pozbawiona świeżości i fantastycznych melodii, za to bardziej gładka, bezpłciowa i nagrana aż zanadto na poważnie. Podczas gdy na pierwszym albumie Hawthorne trochę żartobliwie wcielił się w rolę kujona-romantyka śpiewającego urocze piosenki o miłości na modłę klasycznego soulu, co sprawdziło się doskonale, tutaj przeistoczył się w poważnego wokalistę chcącego chyba wygrać Grammy. I co? I nic z tego. To znaczy ewentualna nominacja do Grammy pewnie jest w jego zasięgu, ale „How Do You Do” nie można wystawić oceny wyższej niż średnia. Nie brakuje tu chwytliwych kawałków, jak chociażby dyskotekowego „A Long Time”, nader przyjemnego „Can’t Stop” ze Snoop Doggiem, który wypadł całkiem, całkiem. Do głowy wpadają też „No Strings” oraz „Dreaming”, ale całość sprawia wrażenie wydawnictwa, w którym więcej było kalkulacji aniżeli naturalności. Hawthorne po zrzuceniu maski został jednym z wielu przeciętnych wokalistów, którzy wskrzeszają klasyczny soul. Czasem jego głos jest poprawiany komputerowo, nie próbuje trudniejszych melodii, jest bardzo nijaki. Ratują go niezłe kompozycje, dość zabawne teksty, ale to tyle. Debiut był magiczny, klimatyczny, cholernie naturalny. „How Do You Do” jest przewidywalne, nagrane pod publiczkę, bez pazura, bez pasji. Aż rodzi się w głowie człowieka pytanie – po co było zmieniać wytwórnię na giganta?