Megadeth – \”United Abominations\”

22 czerwca 2007
ok. 2 minut czytania

Kolejny album legendy thrash metalu zapewnia porcję solidnej, bezpretensjonalnej muzyki. Jedenaście rzetelnych, doskonale wykonanych utworów niczym nie zaskakuje, ale i nie nudzi. Cały zespół, w którego składzie tym razem znaleźli się gitarzysta Glen i perkusista Shawn
Droverowie oraz basista James Lomenzo, stanął na wysokości zadania, tworząc mocną, pozbawioną słabych punktów konstrukcję.

Liryczny wstęp do otwierającej wydawnictwo kompozycji \”Sleepwalker\” może w pierwszej chwili zmylić słuchacza, ale już po trzydziestu sekundach ustępuje miejsca metalowej energii i gitarowym popisom Drovera i Mustaine\’a. W utworze tytułowym niepokojące intro tworzy akompaniament dla fikcyjnego monologu dziennikarza radiowego. Również na tej płycie znalazło się miejsce dla typowych w twórczości Megadeth jadowitych komentarzy politycznych.

\”Wredny\” to najlepsze określenie dla banalnego, opatrzonego tępym riffem kawałka \”Gears Of War\”. Skrajna prostota jest jednak w tym wypadku pożądanym środkiem wyrazu. Równie bezpośredni jawi się surowy \”Blessed Are The Dead\”, który nie pozwala zapomnieć, że Dave Mustaine grał za dawnych czasów w zespole Metallica.

Z niewiadomych przyczyn w zestawie znalazła się nowa wersja numeru \”A Tout Le Monde\” z krążka \”Youthanasia\”. Choć gościnny występ Cristiny Scabbii z Lacuna Coil dodał piosence kolorytu, nie różni się ona zbyt od pierwowzoru. Całość zamyka niespokojny gitarowy monolog Mustaine\’a.

Myślę, że po Megadeth trudno dziś spodziewać się przełomowego dzieła. \”United Abominations\” to jednak spójny i wyrazisty album, godzien polecenia miłośnikom gatunku. Nie wiem, czy to dzięki świeżej energii towarzyszących liderowi muzyków, czy też za sprawą jego własnej charyzmy, grupa Mustaine\’a wciąż zachowuje klasę. Jeśli nowy krążek ma być ostatnim w karierze zespołu, będzie to dobre zakończenie. Gdyby miały pojawić się kolejne – miejmy nadzieję, że będą równie udane.