Metallica – \”Death Magnetic\”

12 września 2008
ok. 2 minut czytania

Co by nie mówić o kwartecie, cokolwiek nie nagrają (tak, nawet \”St. Anger\”), będzie to i tak o niebo lepsze od albumów setek kapel próbujących stać się cieniem Metalliki. Ale też jak się jest Metallicą podlega się nieco innym kryteriom oceny.

Od razu uspokoję. Jest lepiej niż na \”St. Anger\”. Nowego materiału można spokojnie słuchać, nie narażając się na potworną migrenę. Jest też obiecywany powrót do korzeni. Do tego stopnia, że w \”The End Of The Line\” słychać pomysły sprawdzone w \”Harvester of Sorrow\”, \”Master Of Puppets\”, a nawet \”Even Flow\” Pearl Jam. Ale tak zupełnie bez złośliwości, mamy rasowe, chwytliwe niczym refreny piosenek Rihanny riffy, hucznie zapowiadane, acz ciut mniej huczne solówki, buczący bas (Robert Trujillo fantastycznie dopasował się do trójki weteranów) i tylko bębny, jakby mało porywające. Gdzie trzeba jest selektywnie, gdzie trzeba po prostu głośno. Czeka nas utwór instrumentalny (\”Suicide & Redemption\”), power ballad (\”The Day That Never Comes\”) i potencjalne hiciory – \”Broken, Beat & Scarred\”, \”The Judas Kiss\”, \”Cyanide\” (jak to będzie pięknie hałasować na żywo). A na sam koniec prawdziwa, galopująca thrashowa uczta – absolutnie wyborne \”My Apocalypse\” (w końcu porządnie słychać popisy Larsa).

Wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku, jednak głównym wrogiem Metalliki jest technologia. Nie chodzi o jakieś ProTools czy inne cuda, które wtargnęły do studiów nagraniowych, lecz o… płytę kompaktową. Odkąd panowie dowiedzieli się, że są w stanie na jednym krążku umieścić ponad 70 minut muzyki, skrupulatnie z tego korzystają. A gdyby tak trochę skrócić? \”Death Magnetic\” miałoby znacznie większą siłę rażenia. Pewnie byłoby mniej kombinatoryki, mniej autoplagiatów a więcej czadu.

Trzeba się tylko zastanowić czy jakość \”Death Magnetic\” ma naprawdę jakieś znaczenie. Fani płytę nabędą (tą, czy inną drogą). Połowa, nawet tych, którzy legalnie kupią, będzie wykrzykiwać, że zespół skończył się po \”Kill \’Em All\”. Tymczasem longplay i tak trafi na szczyty list sprzedaży, a jak tylko \”staruszkowie\” zapowiedzą kolejna wizytę w Polsce jak jeden mąż, marudząc jakie \”The Unforgiven III\” jest okropne, stawimy się w miejscu koncertu z wypiekami na twarzy. Bo, proszę państwa, to jest Metallica! Mistrz, którego jak słusznie zauważyli sami muzycy, od lat nie udało się zastąpić.

Czy \”Death Magnetic\” to dobra płyta? Niekoniecznie. Ale to przynajmniej Metallica.