Michael Kiwanuka – „Home Again”

12 marca 2012
ok. 1 minuta czytania

Młody Brytyjczyk brzmi jak Amerykanin w średnim wieku na dodatek po przejściach i zanurzony w latach 60. i 70. Bezpretensjonalnie miesza soul, folk, jazz. Tworzy pięknie brzmiące, bardzo smutne piosenki. Nie jest to jednak jakieś wystylizowane retro. Słychać, że dokładnie taka właśnie muzyka gra w duszy 24-latka. „Home Again” urzeka szczerością, prawdziwymi emocjami płynącymi prosto z serca. Nie sposób odmówić mu też drygu do melodii. Poza znanym już przejmującym „Home Again”, mamy jeszcze skromne, akustyczne „I’m Getting Ready” niczym z niezależnych amerykańskich filmów świecących triumfy na festiwalu Sundance, podrygujące „Bones” z fantastycznymi chórkami czy swoistą piosenkę drogi „Always Waiting”. Do tego dochodzą bogate, różnorodne, nierzadko wyrafinowane aranżacje i ten niesamowity głos.

O ile w głosie Michaela łatwo się z miejsca zakochać, o tyle nie jest to tak proste w przypadku całego albumu. „Home Again” to jednak rzecz o wiele trudniejsza, bardziej skomplikowana stylistycznie i złożona niż tytułowy numer. Płyta, która wymaga skupienia, koncentracji. Materiał, który jest czymś więcej niż zbiorem smutnych piosnek.

To bez wątpienia dobry album, ale o geniusz ociera się tylko momentami.