Moby – „Last Night”

30 marca 2008
ok. 1 minuta czytania

Nieważne, że nie pochodzisz, ani nie mieszkasz w Nowym Jorku. Choć „Last Night” to oczywisty muzyczny hołd, złożony tej metropolii, przekaz jego nowej płyty jest uniwersalny. Tańcz, tańcz i jeszcze raz tańcz. Niezależnie od rasy, wyznania, ani politycznych sympatii.

Moby wraca do pięknego okresu kariery, do czasu kiedy nagrywał przebojowe „Play”, kiedy nie bawił się jeszcze w klubowego intelektualistę i nie usypiał nas swoimi nazbyt przesłodzonymi i melancholijnymi melodiami. Przyjmując za cel zawarcie na jednej płycie klimatu całonocnej imprezy w nowojorskim stylu, wraca do świetnej formy, prezentując wyborny zestaw kawałków do tańca. Kompiluje poszczególne utwory na zasadzie didżejskiego setu – stopniowo budując odpowiednią atmosferę. Najpierw z wolna się
rozkręca, by następnie uderzyć solidną dawką eklektycznych i hedonistycznych brzmień, a potem spokojnie wyciszyć. Miesza ze sobą house, kiczowate eurodisco i ducha kultury rave. Tworzy coś w rodzaju soundtracku do gorącej eskapady po rozpalonych do czerwoności klubowych parkietach. Wielkim błędem byłoby się do tej jego wycieczki nie przyłączyć. Kto wie, czy będzie go jeszcze stać na kolejne, tak wzniosłe dzieło, jak „Last Night”?