Monster Magnet – „Mastermind”

26 kwietnia 2011
ok. 2 minut czytania

Dave Wyndorf, jeden z najsłynniejszych i najinteligentniejszych rockowych kosmitów, przed premierą „Mastermind” mówił: „Jestem niezmiernie dumny z tej płyty”. Ma z czego.

Ósmy krążek kapeli z New Jersey poraża gitarową mocą, a chwilami – jak to w przypadku Monster Magnet – porywa w kosmiczną podróż oldschoolowym klawiszem. Całkiem trafnie streścił płytę gitarzysta Ed Mundell mówiąc, że „Mastermind” to połączenie The Stooges i space rocka. Jeśli dodać do opisu wgniatające „walce” a la Black Sabbath (np. „Hallucination Bomb”), garażowy stoner („Dig That Hole”), bezpośredniego rocka i punka („All Outta Nothin'”, „Bored With Sorcery”), otrzymamy dość wyraźnie zarysowaną zawartość albumu. Można też inaczej – „Mastermind” to pierworodne dziecko krążka „4-Way Diablo”, nawiązującego do tradycji „Superjudge” i „Dopes To Infinity”. Dziecko utalentowane, lecz krnąbrne, kipiące potężną, trudną do okiełznania energią. Chwilami eksplodujące z taką mocą, że dech zapiera, a oczy wychodzą z orbit. Lubiące też lekkie, baśniowe opowieści z przestrzeni pozaziemskiej („The Titan Who Cried Like A Baby”).

Nie ma przebojów, tym razem brak coverów. Ale jest tuzin równych, mocnych kawałków, silnie zakorzenionych w rockowej i punkowej tradycji. Sporo zwalistych, przytłaczających, tnących uszy do krwi gitar, ponownie w wykonaniu świetnie sprawdzającego duetu Mundell/Phil Caivano.

„Mastermind” to pokazanie środkowego palca wszystkim osładzającym rocka, wyjaławiających go z ducha i pierwotnej mocy. Mocy, jaka towarzyszyła, i nie wątpię, że będzie towarzyszyć, Monster Magnet na żywo. Czekam na kolejną wizytę w Polsce.