Motörhead – „Aftershock”

20 października 2013
ok. 2 minut czytania

Bardzo podobał mi się krążek „The Wörld Is Yours”, bo zawierał kapitalne piosenki i był odrodzeniem po słabawym „Motörizer”. Słabawym, aczkolwiek mającym w składzie dwie piosenki, które do dziś mam mocno przyklejone do pamięci, czyli „Heroes” i „Rock Out”. „Aftershock” nie jest powrotem do wysokiej formy tylko dowodem na to, że trio utrzymuje ją na bardzo wysokim poziomie. W przypadku Motörhead oczywiście nie ma mowy o woltach stylistycznych, które wprawią nas w osłupienie. Za każdym razem fan zespołu zadaje sobie jedynie pytania: „Jak odświeżą swój styl?”, a także „Jak będą brzmieć?”.

Wiedząc, że Motörhead po raz kolejny (już po raz piąty, co jest ewenementem w historii grupy) będzie pracował z Cameronem Webbem, o odpowiedź na drugie pytanie byłem spokojny. Amerykanin doskonale rozumie się w studiu z Lemmym, Philem Campbellem i Mikkeyem Dee.
Fantastycznie oprawia brzmieniowo piosenki tria. Pozostała odpowiedź na pytanie o odświeżanie formuły. Co tu dużo pisać, Motörhead nagrał album świetny. Skondensowany, gdzie jedna piosenka niemal natychmiast przedłuża się w kolejną i trwa tyle, ile potrzeba. Gdzie jest pędząca brutalność i agresja jak z czasów „We Are Motörhead” (np. „Going To Mexico”, bynajmniej nie będąca kontynuacją niezapomnianej „Going To Brazil”, „Paralyzed”, w którym Mikkey gęsto gra dwiema stopami), która mieszka sobie obok luzackiej rockandrollowej łobuzerki (m.in. „Crying Shame”, „Keep Your Powder Dry”), ale także bluesującego grania ze szczyptą psychodelii, co przywodzi na myśl same początki kapeli (np. kapitalny „Lost Woman Blues”, „Dust And Glass”, utrzymany trochę w stylu „The Watcher” i „Iron Horse”). Słowem, mamy przekrój przez blisko 40-letnią historię Motörhead. Wycinankę z elementów, które wiekowo znacząco różnią się od siebie. Ale wyrastają z jednego rockandrollowego pnia, więc całość w żadnym wypadku się nie gryzie.

Nie wiem, dlaczego, ale po przesłuchaniu „Aftershock” przyszło mi do głowy porównanie Motörhead do George’a Foremana. Może dlatego, że choć czas płynie i coraz młodsi już nie są, wciąż potrafią wzorem bokserskiego mistrza przyłożyć tak, że prawie znokautują? Albo że wciąż są jajcarzami z niewyczerpanym źródłem poczucia humoru podobnie jak George? Różni ich z pewnością to, że z religią i kościołem nie jest im po drodze. Motörhead ma jednego bożka. Jego imię to rock and roll. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.