My Chemical Romance – „Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys”

19 maja 2011
ok. 2 minut czytania

Gdzie pretensjonalna podniosłość?! Skąd tyle wesołego i drapieżnego rocka? Szkoda czasu na dywagacje. Muzycy i tak wszystko cierpliwie wyjaśnią w setkach wywiadów, których udzielą. Bowiem album jest skazany na sukces. Nawet jeśli odwróci się od MCR, w co wątpię, emo-młodzież, zyskają fanów, lubiących po prostu dojrzałe, wesołe rockowe granie.

Pierwsze zaskoczenie pojawia się tuż po włączeniu płyty. Radiowa zapowiedź niejakiego Dr Deatha może sugerować, że za moment usłyszymy gangsta rap. Nic z tego. Jest łupnięcie wesołego singlowego „Na Na Na (Na Na Na Na Na Na Na Na Na)”. A im dalej, tym lepiej. Gerard Way, co nie dziwi, wymyślił komiksowy koncept, w którym czterej wyrzutkowie społeczni walczą ze złą korporacją (nawiasem, gdzie on słyszał o dobrej korporacji?). Wskazówek udziela im wspomniany Dr. Death. Walka dobra ze złem odbywa się na dużym luzie, z lekkością, bez napinania się i zanudzania ciężkostrawnymi opowieściami.

Zespół nie wyzbył się ballad, ale coś sprawiło, że teraz liryczne kompozycje są bardziej przystępne. Słuchając, nie cierpimy w oczekiwaniu na koniec. A rockery oblicze mają różne. Punkowy dynamit, szybki i ostry? Proszę bardzo, choćby „Party Poison”. Nieco lżejszy, melodyjniejszy, namalowany na britpopowo w kolorach Blur, a ze współczesnych powiedzmy Franz Ferdinand? MCR ma dla nas „Planetary (GO!)”. Coś połamanego, nieco a la Jane’s Addiction? Mówisz i masz – „DESTROYA”. Może więcej elektroniki w stylu lat 80? „The Kids From Yesterday” powinna spełnić oczekiwania. Niepotrzebna jest podniosła chwila z hymnem amerykańskim, czyli „Goodnite, Dr. Death”. Zabija beztroski, luzacki nastrój. Szczęśliwie zaraz powraca on dzięki świetnemu rock and rollowi „Vampire Money” i zostaje już do końca.