Myslovitz – „1.577”

20 maja 2013
ok. 2 minut czytania

Pamiętam jak po jednym z koncertów Myslovitz pod koniec 2011 roku powiedziałem znajomemu, że oto byłem świadkiem jednego z ostatnich występów grupy. Czuć było ogromną nerwowość, zmęczenie i cóż – oglądało się to po prostu słabo. Jak pokazała przyszłość – nie pomyliłem się. Kilka miesięcy później formację opuścił Artur Rojek. Pewnie byłem jednym z niewielu, którzy powiedzieli – dobrze się stało. Nie to, że nie lubiłem wokalisty, wręcz przeciwnie. Jednak jeśli coś się nie klei, czasem trzeba podjąć męską decyzję. Do czegoś takiego trzeba rzecz jasna odwagi – brawa tym większe, że rozstanie odbyło się bez medialnych pyskówek. Z pełną klasą. Nigdy też nie powątpiewałem w sensowność kontynuowania działalności przez resztę składu. Zawsze postrzegałem Myslovitz jako kolektyw pięciu wyjątkowo uzdolnionych muzyków i twórców, a nie formację Artura Rojka. A to, że Michał Kowalonek jest wokalistą niegorszym od poprzednika i doskonale odnalazł się w grupie, pokazały koncerty. Z prostej kalkulacji wynika, że eksperyment pod nazwą „1.577” musiał się udać. I tak się stało.

Ach, jak pięknie zaczyna się ta płyta. „Telefon”, snujący się w coldplayowy sposób i zapewniający nam wycieczkę po nastrojach od zadumy po euforię, tylko utwierdza w przekonaniu, że formacja wciąż nie ma sobie równych w kwestii sprzedawania emocji i tworzeniu zwyczajnie ślicznych melodii. Fajnie płynie „3 sny o tym samym”, który może wydawać się naiwny i banalny, ale właśnie w tej naiwności tkwi cały urok. Momentami jest więc delikatnie i lirycznie, uspokoję jednak, panowie nie zapomnieli bynajmniej, że potrafią grać też energicznie. Bardziej gitarowo jest w „Trzy procent”, który klimatem przywodzi na myśl kompozycje z „Korova Milky Bar”, z kolei „Prędzej później dalej” ma niemalże taneczny charakter. Są też rzeczy prezentujące bardziej odjechane oblicze Myslovitz. W „Jaki to kolor – 4.00”, atmosfera za sprawą wokalu Michała, jak i wielu elektronicznych przeszkadzajek robi się wręcz duszna, niczym z jakiegoś paranoidalnego snu. W „Być jak John Wayne” znajdziemy natomiast rytmikę do złudzenia podobną do tej z końcowych fraz „Strawberry Fields Forever” The Beatles.

Dzieje się więc naprawdę sporo. Wszystko jednak trzyma – jak zwykle w przypadku Myslovitz – wysoki poziom i składa się na przekonującą całość – co wcale nie jest takie oczywiste, bo właśnie brak spójności był dla mnie największą bolączką poprzedniej płyty, „Nieważne jak wysoko jesteśmy…”.

Nie twierdzę, że „1.577” to szczytowe osiągnięcie zespołu. To longplay pokazujący jednak, że o Myslovitz w żadnym wypadku nie można mówić w czasie przeszłym. To zespół troszeczkę odświeżony, ale nie mniej ekscytujący.