Nate Ruess – „Grand Romantic”

28 czerwca 2015
ok. 1 minuta czytania

Tytuł „Grand Romantic” dużo zdradza i dużo jest tu słowem kluczowym. Solowy debiut frontmana fun. to kwintesencja rozbuchania. Barok, a nawet rokoko w popowym wydaniu. Wszystko jest tu wielkie i wszystkiego jest dużo. Na dodatek obsypane złotem i oblane czekoladą. Od nadętych kompozycji przez pompatyczne aranżacje po egzaltowany wokal. Iście teatralny, wręcz histeryczny materiał. Jeśli ktoś myślał, że Muse czy The Killers przesadzają, nie słyszał tego krążka.

Słuchacz nie ma chwili wytchnienia. Niczym na okładce atakują go coraz to nowe ozdoby i dodatki. Dźwiękowe baloniki, kwiaty i maski. Jakby połączyć Sylwester z urodzinową imprezą, a wszystko urządzić w cyrku. Olimpijskie ceremonie otwarcia wypadają przy tej płycie jak występy przedszkolaków w Domu Kultury.

Ruess niby sięga po rock i folk, flirtuje z country, co jednak z tego, kiedy ciężko się tego doszukać. Jego pełen dramaturgii i emocji głos byłby bardziej przekonujący i poruszający, gdyby czasem dał sobie na wstrzymanie. Najgorsze, że temu wszystkiemu nie towarzyszą równie wielkie melodie, wspaniałe refreny. Jedynie pod tym względem jest umiarkowanie. Cała reszta to kolorowy, przesłodzony festyn, nieustające muzyczne fajerwerki. Pojedyncze utwory jeszcze można znieść, ale w całości jest to po prostu niestrawne.

W przypadku „Grand Romantic” naprawdę sprawdza się powiedzenie „co za dużo to niezdrowo”.