Neil Young – „Le Noise”

11 kwietnia 2011
ok. 2 minut czytania

Muzyka Neila Younga zawsze jakoś przewijała się przez moje życie. A to dzięki ulubionej audycji radiowej, a to za sprawą współpracy z Pearl Jam. I chociaż go ceniłam, w mniejszym lub większym stopniu podobało mi się to, co tworzył, jego płyty nie wywierały na mnie wielkiego wrażenia. Z jednym wyjątkiem.

U progu dojrzałości, pewnego słonecznego dnia, zamiast do szkoły, wybrałam się do kina, na film „Truposz”. Dzieło Jima Jarmuscha okazało się wspaniałym poematem, z fenomenalną muzyką właśnie Neila Younga. Kanadyjczyk używając niemal tylko gitary, stworzył intrygujący, szalenie wciągający, niezwykły materiał. Najnowsze dzieło artysty przywołuje skojarzenia właśnie z soundtrackiem „Dead Man”.

Utwory na „Le Noise” nagrane zostały wyłącznie przez Kanadyjczyka, wyłącznie na gitarach. Tym razem nie jest to instrumentalny zestaw, muzyk bowiem zarówno gra, jak i śpiewa. Nie wokal jest tu jednak najważniejszy, ani nawet kompozycje, lecz niesłychane brzmienie. Czeka nas dużo przesterów, rozedrganych dźwięków, akustyczno-elektrycznych mariaży. Obok brudnych, garażowych momentów, pojawiają się krystalicznie dźwięczące fragmenty. Bywa delikatnie, przejmująco, ale i z prawdziwym rockowym żarem. Czasem słychać drgania pojedynczych strun, kiedy indziej wielowarstwowe, przyprawiające o dreszcze, gęste pasaże. Dodatkowo, całość przepuszczona została przez talent i wrażliwość odpowiedzialnego za produkcję Daniela Lanoisa, dzięki czemu album ma niesamowity, lekko niepokojący i introwertyczny klimat.

To piękna, wspaniała płyta, która spodoba się w każdych warunkach, ale najlepiej słuchać jej w całości – albo przez dobre głośniki, albo przez dobre słuchawki. Tylko wtedy bowiem można w pełni rozsmakować się w dźwiękach, które wyczarowali Young i Lanois.