Nicke Borg Homeland – „Ruins Of A Riot”

30 września 2014
ok. 2 minut czytania

Wiele w kwestii powodzenia poza Szwecją oczywiście będzie zależeć od promocji, od siły przekonywania oraz pomysłowości marketingowców z wytwórni Nicke, bo artysta swoje zrobił naprawdę dobrze. W umownym pojedynku na projekty solowe członków Backyard Babies, Dregena zdystansował bezdyskusyjnie. W zespole raczej pozostawał w jego cieniu, spuszczony z zespołowej smyczy okazuje się być bardzo zdolnym kompozytorem melodyjnego rocka i hard rocka oraz całkiem przyzwoitym wokalistą.

Trochę zżymałem się, gdy Nicke mówił, że płyta ma być taką amerykańską wersją Backyard Babies. No niech cię szlag, pomyślałem, to nie lepiej dogadać się z Dregenem, Pederem i Johanem, i nagrać w końcu nowy album zespołu?! Po namyśle jednak zrozumiałem, że Borg chce wybić się na własny rachunek, zawdzięczać coś dobrego sobie, a nie tylko kapeli, z którą w Szwecji zdobył wszystko, a i poza ojczyzną porządnie namieszał. I okazuje się, że muzyk, po dwóch wcześniejszych, średnio udanych płytach na własny rachunek, stworzył coś, co jest godne muzyka Backyard Babies. Oczywiście przy założeniu, że jest się w stanie wybaczyć mu lukrowaną słodycz na modłę kapel ze sceny Sunset Strip w Los Angeles. Szwed po amerykańsku grać umie i lepiej niż niejedna amerykańska kapela. Do tego stopnia, że gdybym nie wiedział, skąd jest Nicke, pomyślałbym, że wywodzi się z tych miejsc w Kalifornii, gdzie blisko jest do plaży, a na niej sporo dziewczyn, które za bardzo ubrane nie są. Szwed, na zmianę, kąsa pięknie wygładzonym melodyjnym hard rockiem (np. „This Army”, „Out Of Line”), z ząbkami jakby wybielonymi przez hollywoodzkich speców, jak również nostalgicznie kołysze z manierą, która zachwyciłaby amerykańskie nastolatki przeżywające pierwsze seksualne doświadczenia. „End Of The Rainbow”, numer z tego drugiego sortu, mógłby być ozdobą każdej filmowej produkcji, której akcja osadzona jest wokół amerykańskiej szkoły średniej, cheerleaderek, członków drużyny futbolowej, kujonów. Takiej „Zemsty frajerów”, na przykład, albo sagi „Zmierzch”. I to nie jest zarzut, nie ma tu sarkazmu ani szyderstwa. Borg pokazuje spory talent do pisania takiej muzyki. Na jego nieszczęście ona swoje najlepsze czasy miała wtedy, gdy Szwed sam był licealistą.

„Ruins Of A Riot” to album bardzo bezpieczny, spokojny, choć jedno słowo z tytułu oznaczać może „zamieszki” czy „bunt”. Przewidywalny, w dobrym tego słowa znaczeniu. Więcej niż solidny i dowodzący, że Nicke Borg to naprawdę zdolny autor dobrych rockowych piosenek.