Outkast – „Idlewild”

21 sierpnia 2006
ok. 2 minut czytania

Na dzień dobry odstrasza liczba 25 utworów, z których, jak się okazuje, gros stanowią wstawki dialogowe z filmu – mało ciekawe, gdy nie zna się fabuły. A znać nie można, gdyż premierę musicalu ponownie przesunięto. Ponadto takie rzeczy ładnie wypadają w aptekarskich dawkach i naprawdę umiejętnie dobrane. Tutaj, niestety, są zbędne. Ponadto zważywszy, że mamy do czynienia z blisko 80 minutami materiału, wiadomo także, iż część będzie mało ciekawa. I tak co i raz pojawiają się niezbyt udane nagrania w stylu singlowego „Mighty O” czy dziwadła pokroju „Makes No Sense At All”.

No ale w końcu panowie Andre 3000 i Big Boi to zdolni artyści, więc nie mogli popełnić dzieła beznadziejnego. A że łączą jazz, swing, blues, hip hop i nie tylko, kilka kawałków stanowi prawdziwe skarby. Przy czym nie chodzi o radiowe hity na miarę „Hey Ya!”, lecz o naprawdę wyjątkowe, bogate kompozycje, jak choćby „Morris Brown” z fenomenalnie wykorzystanymi instrumentami perkusyjnymi czy przyjemnie rozbujana „Idlewild Blue”.

Pięknie spisują się zaproszone do studia panie, które swoimi głosami okraszają utwory: Wild Peach w soulowym „Mutron Angel”, Macy Gray w seksownie rozleniwionym „Greates Show On Earth” oraz przede wszystkim Janelle Monáe w stylizowanym na lata 30. „Call The Law” i ozdobionym smyczkami „In Your Dreams”.

Początek albumu „Idlewild” zdaje się być w swym eklektyzmie zbyt chaotyczny, a chwilami wręcz pozbawiony pomysłu. Jednak im dalej, tym lepiej, a sama końcówka materiału to już urokliwa i klimatyczna porcja muzyki. Nawet jeśli całość nie jest wybitna, warto zapoznać się z krążkiem dla tych kilku naprawdę dobrych numerów.