Pharrell Williams – „G I R L”

27 lutego 2014
ok. 2 minut czytania

Czy znajdziemy na nowej płycie Pharrella przebój na miarę „Get Lucky” czy „Blurred Lines”? Nie (choć może „Come Get It Bae”?). Czy czeka nas więcej tak rozbrajających numerów jak „Happy”? Też nie. Uwierzcie jednak, nie będziecie mogli się od tej płyty oderwać. Williams bierze z soulu, R&B, hip-hopu i popu to, co najlepsze i tworzy z tych składników to, co najlepsze. Wskrzesza ducha The Jackson 5 (na przykład z niewielką pomocą Justina Timberlake’a w „Brand New”) i ostrzega Prince’a, że depcze mu po piętach. Kłania się mistrzom pokroju Steviego Wondera czy Bobby’ego Womacka, ale nie zapomina, że mamy XXI wiek.

Gdybym miała użyć jednego epitetu dla określenia drugiej płyty Pharrella byłby to „miękki”. To muzyka miękka i puszysta, jak pączki, jak wygodna poduszka, jak kaszmirowy sweter. Bez ostrych krawędzi, szorstkich powierzchni, wystających kantów. Jakby negatyw tego, co ostatnio robi Kanye West. Zwiewne smyki, ciepło brzmiące gitary, gładki głos Pharrella i niemal organiczna produkcja. Niemal, bo sporo tu elektroniki, syntezatorów, ale nie kosmicznych, odhumanizowanych, raczej disco-tęczowych. Williams porusza się w podobnych klimatach, co Timberlake na ostatnich krążkach. Jest groove, funk, luz i klasa. Pharrell jednak znacznie lepiej niż kolega radzi sobie z kompozycjami i po prostu ma lepsze wyczucie. Melodii, produkcji, w kwestii doboru gości (poza Daft Punk, trochę psują tę retro-wycieczkę w „Gust of Wind” swym Auto-tune’em). Bez względu na to czy buja leniwie („It Girl”), czy porywa do podrygiwania i klaskania („Happy”), sprawia sobie i słuchaczowi wielką radość.

„G I R L” to hołd złożony kobietom, jest więc też seksownie i zmysłowo. Do tańca i miłości. Bez słabych numerów, bez niepotrzebnych dźwięków, bez zapychania krążka po brzeg oraz… bez wysiłku. Kapitalny album – trzy kwadranse wysmakowanej przyjemności.