Philm – „Harmonic”

29 maja 2012
ok. 2 minut czytania

Wszystkie barwy Dave’a Lombardo – tak mogłaby się nazywać debiutancka płyta Philm, i w takim tytule byłoby dużo prawdy, choć na pewno nie cała. Bo thrashowego łojenia rodem ze Slayera tu nie znajdziemy. Wariactw pokroju Fantômasa też raczej nie, choć bywa na krążku i wariacko, i dźwiękowo gęsto niezmiernie. Ale mamy na przykład urocze, delikatne wtręty z muzyki latynoskiej, która zawsze była dla Lombardo wielką inspiracją.

„Harmonic” to album kontrastów i kilkubiegunowy. Na jednym mamy garażowe, brudne, czasem rozmyte i atonalne riffy gitarowe Gerry’ego Nestlera, który parokrotnie daje na płycie głos (wokal to najsłabszy punkt krążka), pulsujący bas Pancho Tomasellego, szybkie i zagęszczone bębny Dave’a. Brzmiące oldschoolowo, jak zresztą cały materiał, rejestrowany ponoć przy wykorzystaniu bardzo starego sprzętu. Taki jest choćby numer „Sex Amp”, zbliżony do estetyki punkowo-hardcore’owej. Następujący po nim „Amoniac” to z kolei zwrot w stronę bardziej psychodeliczną, lekko stonerową. Jest też biegun bardziej narkotyczny, ambientowy, ilustracyjny, niepokojący, filmowy niemalże, na którym znajduje się co najmniej parę numerów, choćby „Way Down”. Wyczuwalne jest chwilami lekko freejazzowe szaleństwo. A taki „Killion” jest niczym zagubione jam session Jimiego Hendriksa.

Dużo jest na płycie grania, przestrzeni wypełnionej wyłącznie przez muzykę, co daje wrażenie, jakbyśmy byli świadkami próby na żywo, szukania właściwych dźwięków i rejestrowania całości „na setkę”. Za nagrywanie po raz pierwszy w swojej wspaniałej karierze odpowiada samodzielnie Dave Lombardo. Słuchając „Harmonic” można dostać co najmniej rozczworzenia jaźni. I bynajmniej nie jest tak, że Dave wybija się tu na plan pierwszy, choć z pewnością daje twarz Philm i dzięki niemu o zespole dość sporo się pisze. Philm broni się jako całość, jako grupa. Płyta w odbiorze jest dość wymagająca, lecz niezmiernie frapująca, zróżnicowana. Zaskoczenie zdecydowanie in plus.