Queen – „Forever”

20 listopada 2014
ok. 2 minut czytania

Przyznam, że wcale nie ucieszyła mnie informacja o kolejnej kompilacji Queen. Zespół trochę ich już wydał, zarówno za życia, jak i po śmierci Freddiego Mercury’ego. Do tego w minionych latach wyszperano w archiwach parę naprawdę niezłych koncertów zespołu, na których znalazł się porywający zestaw hitów Anglików. „Forever” jednak broni się całkiem nieźle, bo nie jest taką oczywistą składanką Queen, z obowiązkowymi „Bohemian Rhapsody” czy „We Are The Champions”. Ba, kilka piosenek w ogóle z repertuaru zespołu nie pochodzi! Promujący całość romantyczny i liryczny „There Must Be More To Life Than This” (duet z Michaelem Jacksonem) wzięto z albumu Freddiego „Mr. Bad Guy”. Z solowego repertuaru genialnego frontmana znany jest również „Love Kills” (aczkolwiek pierwotnie miał trafić na płytę „The Works”), który tu przybrał postać ładnej ballady. Ostatni rodzynek to napisany przez Briana Maya numer „Let Me In Your Heart Again”, pierwotnie na album jego małżonki Anity Dobson, zaśpiewany przez Mercury’ego. Te trzy kompozycje może nie mają szans z mistrzowskimi utworami, jakich Queen popełnił sporo, ale słucha się ich przyjemnie.

„Nowinki” nieźle „współżyją” z resztą kompilacji. Składają się na nią piosenki Queen z albumów od „Sheer Heart Attack” po „Made In Heaven”. Obok evergreenów, które zawsze znajdą drogę do serc odbiorców, jak „Love Of My Life”, „Who Wants To Live Forever”, „Save Me”, Somebody To Love”, czy „Crazy Little Thing Called Love”, mamy utwory, które na pewno nie przychodzą nam na myśl jako pierwsze, gdy myślimy o zespole. Choćby „Long Away”, „Drowse”, czy „You’re My Best Friend” autorstwa Johna Deacona. Kawałki znalazły się na płycie w wersjach zremasterowanych, częściowo w 2011, częściowo w 2014 roku. Muzyka Queen pomimo zaprzęgnięcia do pracy nowych technologii, nic nie straciła na uroku, na świeżości i jakości. Symbioza mocnego, melodyjnego, epickiego rocka z elementami muzyki klasycznej cały czas robi duże wrażenie. Głos Freddiego, gitara Maya, świetna sekcja rytmiczna Deacon-Taylor – obok tego, tej magii, jaką tworzyli, nie da się przejść obojętnie.

Oczywiście, moc sentymentu w odbiorze „Forever” rolę odgrywa. W końcu to płyta zespołu, którego w takim kształcie już nie będzie. Uwielbianego przez fanów, który odcisnął potężny ślad na rocku i chyba najlepiej zaadoptował doń muzykę klasyczną. Być może to jedna z ostatnich okazji, aby usłyszeć premierowe nagrania Mercury’ego, Maya, Deacona i Taylora. Z nóg może nie zwalające, lecz z pewnością dające mnóstwo przyjemności.