Rage Against the Machine – „Rage Against the Machine XX”

7 grudnia 2012
ok. 3 minut czytania

W życiu każdej osoby zdarzają się chwile, które pielęgnuje w pamięci do końca życia. Dla niektórych było to wtedy, gdy Polacy strzelili Anglikom gola na Wembley, dla innych, kiedy Amerykanie lądowali na księżycu. Ja doskonale pamiętam dzień, w którym pierwszy raz usłyszałem „Killing In The Name”. Można było to nazwać jedynie soniczną bombą, siłą rażenia potrafiącą skruszyć najtwardsze mury. Poraziła mnie zarówno niebywała energia płynąca z tych kawałków, jaki i pomysłowość i otwartość muzyków na to, co najlepsze bez względu na etykiety. No i jeszcze najważniejsze – szczerość i zaangażowanie. Z nimi można było się nie zgadzać. Nie można było jednak wątpić w ich oddanie.

Teraz, z okazji okrągłego jubileuszu (w listopadzie stuknęło 20 lat), na rynek trafiła reedycja dzieła. Rzecz, trzeba powiedzieć, wydana bardzo gustownie (w moje ręce trafiła wersja 2CD/DVD). Rozkładane, o niestandardowym rozmiarze kartonowe pudełko, kartka z podziękowaniami zespołu oraz całkiem spora książeczka z tekstami i ciekawym wstępem napisanym przez Chucka D z Public Enemy. Fajnie się to trzyma w ręce, szkoda tylko, że wydawca przygotował zasadzkę. Nie wiem, kto projektował opakowanie, ale daje głowę, że jegomość nigdy nie próbował wyciągnąć z niego płyt. Konia z rzędem temu, komu uda się przy tym go nie uszkodzić, bądź nie porysować krążków.

Jeśli jednak uda nam się tego dokonać, a płyty jeszcze nadają się do odtwarzania, można zacząć cieszyć się zawartością muzyczną. A jest czym. Sam album został oczywiście zremasterowany i dostosowany do współczesnych standardów, jednak wiadomo, że wabikiem jest materiał bonusowy. Najbardziej wartościowy jest dysk numer dwa. Wypełnił go materiał z kasety demo grupy. Tej samej, którą sprzedawała na koncertach, zanim jeszcze podpisała kontrakt. Są na niej mniej lub bardziej zbliżone wersje znanych kawałków (czasem wydłużone, lub ze zmienionym tekstem), jak i utwory, które do tej pory nigdy nie doczekały się prezentacji na CD (takie „Auto Logic” niczego sobie). Fani mogą więc zacierać ręce, szczególnie że na nowe numery ulubieńców raczej nie ma co liczyć.

Sama podstawa została uzupełniona o trzy kawałki live, które co prawda znane są już posiadaczom płyty „Live & Rare”, poza Japonią jednak niedostępnej, dobrze więc, że w końcu pojawiły się w ogólnym obiegu. A mamy jeszcze dysk DVD, na którym poza teledyskami do singlowych kompozycji znalazło się jeszcze kilka koncertowych utworów (z lat 92-93). Fakt, ich jakość czasem pozostawia wiele do życzenia, możliwość jednak zobaczenia jak zespół dawał czadu w swoich najbardziej dzikich czasach to rekompensuje.

Wstyd nie mieć.

PS. W sprzedaży dostępną jest także wersja Deluxe, z jeszcze większą ilością bonusów, m.in. z koncertem z Londynu z 2010 roku. Szkoda tylko, że wydawca każe za niego płacić niemal 400 złotych.