Rammstein – „Völkerball”

21 grudnia 2006
ok. 2 minut czytania

Nie chodzi o to, że niemiecka grupa gra najlepszą muzykę na świecie, gdyż gros jej kawałków, szczególnie tych nowszych, jest dość słaba, by nie powiedzieć, że kiepska. Nie mamy również do czynienia z wirtuozami, ani najśliczniejszymi facetami na świecie, choć to ostatnie pozostaje oczywiście kwestią osobistych gustów. Owszem, panowie są pomysłowi, twórczy, oryginalni, ale w końcu nie tylko oni posiadają owe zalety. Aby jednak skłonić tysiące Francuzów do śpiewania w języku Goethego, do tego trzeba być wielkim.

Każdy, kto miał niewątpliwą przyjemność obcować z Rammstein na koncercie, wie, że ci gentlemani potrafią pokazać siłę. Na żywo utwory kapeli stają się bardziej patetyczne, ale i bardziej energiczne. Kompozycje znane ze studyjnych dzieł wybrzmiewają z co najmniej zdwojoną siłą. Tak właśnie jest na płycie „Völkerball”. Głośno i potężnie. Z towarzyszeniem odgłosów eksplozji oraz gromkich braw.

Genialnie wypada „Links 2-3-4” – numer, który ze swoją marszową rytmiką jest po prostu do grania na scenie. Podobnie jak monstrualne nagranie „Mein Teil” z superciężkimi riffami czy dzikie „Du riechst so gut”. Przede wszystkim na kolana rzuca jednak (jak zawsze, wszędzie i niezmiennie) „Du hast” z akompaniamentem wrzasków wydawanych przez rozdarte gardła francuskich wielbicieli bandu.

Tak naprawdę dla fanów Rammstein nie ma tutaj niczego nowego czy nadzwyczajnego. Można też cichutko westchnąć, że nie pojawiło się nieco więcej starszych numerów, niemniej radości ze słuchania i tak jest co niemiara.

Dobry album live to taki, po zapoznaniu z którym nabiera się ochoty na koncert danego wykonawcy. Po wysłuchaniu „Völkerball” aż człowieka skręca, żeby raz jeszcze zobaczyć Rammstein na żywo.