Reni Jusis – „Bang!”

26 kwietnia 2016
ok. 2 minut czytania

To pierwszy album autorki przeboju „Zakręcona” od 7 lat. Niektórych dziwi, że ta płyta powstawała tak długo, a mnie wręcz przeciwnie. By stworzyć taką muzykę, jaką słyszymy na „Bang!” trzeba sporo czasu. Czasu, by złapać dystans. Do siebie, do bycia artystką, do show-bizu. Trzeba czasu, by nauczyć się bawić dźwiękami tak bez skrępowania. By wyjść poza ramy, by zapomnieć o schematach. Do tego konieczny jest luz, spokój i czas.

Reni Jusis na swej nowej płycie przypomina mi Roisin Murphy. Nie w bezpośredni sposób, nie chodzi o muzykę samą w sobie, lecz raczej o podejście do niej i do sztuki. Jest w tym swoboda i śmiałość. Jest przekraczanie granic i puszczanie oka. Świadome oraz celowe naigrawanie się, przejaskrawianie i przede wszystkim zabawa. Reni pokazuje, że do sztuki nie zawsze trzeba podchodzić śmiertelnie poważnie, udowadnia, że kicz z pewnej perspektywy przestaje być kiczem i na odwrót. To, co pozornie ambitne, artystyczne okazuje się tandetne. Taki jest ogólny charakter tej płyty, jej swoiste przesłanie.

Czysto muzycznie Jusis stworzyła coś na wzór swojego dźwiękowego CV, prezentując, co potrafi, na co ją stać. A jest tego niemało. Syntetyczne, neonowe, klubowe kawałki typy „Bejbi Siter” czy „Zombi świat”, bądź kolorowe, popowe „Na skróty tęczą” są tym, czego po wokalistce można było się spodziewać, ale już nasączone ambientową atmosferą „Sztorm” i rozkręcająca się industrialnie „Delta” stanowią pewne zaskoczenie. Prawdziwą niespodzianką jest jednak kapitalny, chromowany, kanciasty „Y&Y”, a także mroczny, duszny, zamulony „Bilet wstępu”. Krótko mówiąc, mamy szeroką paletę elektronicznych barw, czasem soczystych, imprezowych, a czasem bardziej surowych.

„Bang!” to rzecz złożona i wielowarstwowa, choć najczęściej dość przystępna w odbiorze. Kto chce może znaleźć tu po prostu dobre taneczne/elektroniczne kawałki, warto jednak przyjrzeć się im też pod innym kątem.