Robbie Williams – „Reality Killed the Video Star”

20 maja 2010
ok. 2 minut czytania

Robbie Williams kazał czekać fanom na album „Reality Killed the Video Star” trzy lata. W tym czasie obserwował UFO i wspominał o depresji. Innymi słowy, niewiele wskazywało, że jest w dobrej formie, co z kolei nie dawało wielkich nadziei co do płyty. Niewiele pomogła wiadomość, że za produkcję odpowiada Trevorn Horn, który owszem umie stworzyć brzmieniowe cudeńka, ale często potrafi też przeszarżować z aranżacjami. Na szczęście na „Reality Killed the Video Star” zachował jako taki umiar (gdyby było nieco oszczędniej, materiał byłby doskonały). Mamy więc natchnione orkiestrowe popisy, ale połączone z tak zgrabnymi i lekkimi kompozycjami, że niewiele mogło im zaszkodzić.

Robbie tym razem nie próbuje być modny, nie chce być na czasie. Wrócił do klasycznego popu, takiego bardziej eleganckiego, bez fajerwerków za to niesionego romantycznymi smykami (bardzo dużo smyków). Urzeka bujające w stylu lat 60. „You Know Me” czy pogodne „Starstruck” kojarzące się nieco z „Amazing” George’a Michaela. Cudownie słucha się hollywoodzkiego, nostalgicznego „Blasphemy” (niezmiennie jestem zdania, że Williams powinien zaśpiewać numer do Bonda a nawet zagrać agenta 007).

Znalazło się także miejsce na bardziej rockowe, skoczne „Do You Mind” z funkującym rytmem czy chłodno-elektroniczne „Last Days of Disco” i taneczne (najsłabsze w zestawie) „Difficult for Weirdos”. Najważniejsze jednak, że w każdym kawałku mamy kapitalne melodie. Piosenki, które można chóralnie śpiewać na koncertach („Bodies”, „Won’t Do That”), ale i nucić beztrosko w domowym zaciszu („Morning Sun”).

Po nieporozumieniu, jakim był longplay „Rudebox” wszystko inne będzie dobre. Nawet jednak bez porównań z tamtą katastroficzną płytą, „Reality Killed the Video Star” wypada znakomicie.