Rootwater – „Visionism”

7 lipca 2009
ok. 2 minut czytania

Zespół buduje muzykę na metalowym fundamencie, jako zaprawy używając różnych składników. Muzycy mają ciągotki etniczne, czemu w sporym wymiarze dali wyraz na udanej płycie „Limbic System”. „Visionism” też można do nich zaliczyć. Etniczność została tu – mam wrażenie – nieco schowana, aczkolwiek jest słyszalna i dobrze ubarwia piosenki. Niżej i brudniej brzmią gitary. Momentami chyba za mocno „przygniatają” wokal Maćka Taffa. Niektóre riffy kręcą jak na „Roots” Sepultury, momentami rwą się jak u Fear Factory i przetykane są elektronicznymi wstawkami, przywołują na myśl Machine Head, potrafią gnać w punkowo-hardcore’owym stylu (króciutki „Freedom”).

Ale „Visionism” to nie tylko gitary i głos Taffa (jednego z moich ulubionych wokalistów na rodzimej scenie ciężkiego grania). Nie wolno pominąć smaczków – industrialnych hałasów i rytmów, szybujących klawiszowych pasaży, instrumentów perkusyjnych, trąbki, akordeonu, wtrętów orientalnych. Aranże są odpowiednio nasycone. Szukający czegoś poza szybkimi tempami i darciem mordy znajdą niemało dla siebie, ale będą musieli wsłuchać się w album wiele razy, aby przekopać się przez wszystkie warstwy i je wchłonąć.

„Visionism” różni się od poprzednika pod względem klimatu. Więcej tu atmosfery rozmarzenia, zadumy (kapitalne „Realize” i „Alive”), niepokoju (podkręca ją też znakomita oprawa graficzna), takiej kinematograficznej aury, lekko progresywnie przestrzennej zabudowy niż pędzenia do przodu i etnicznej ludyczności, choć i to odnajdziemy bez trudu.

Nad gmaszyskiem z okładki unoszą się burzowe chmury, a słuchając płyty czasem ma się wrażenie, że jakby Taff zapowiadał nadejście nawałnicy. „Visionism” w sensie artystycznym nią jeszcze nie jest. Jest raczej złowrogą ciszą przed burzą, czyli następnym albumem. Ponoć trzecia płyta mówi, czy mamy do czynienia z wykonawcą, który może jeszcze zaproponować coś ciekawego. Rootwater na pewno może, a o tym, że jest artystą interesującym wiem już od „Under”.