Santana – „IV”

23 kwietnia 2016
ok. 2 minut czytania

Nie będzie chyba wielką przesadą, jeśli napiszę, że każdy, kto ceni muzyczną wrażliwość i grę Carlosa Santany, a także pozostałych muzyków, którzy byli z nim albo od 1966 roku (Greg Rollie, Michael Carabello), albo nieco później (Neal Schon, Michael Shrieve, Karl Perazzo, Benny Rietveld), najpierw eksplodował radością, że powstanie płyta, nagrana po więcej niż 40 latach przez tych właśnie gigantów, a potem lekko się zaniepokoił. Wiadomo, że czas nie oszczędza nikogo, a reuniony po latach nierzadko są sztuczne i podszyte powodami merkantylnymi. Co do Carlosa i Neala można było być spokojnym, bo obaj panowie regularnie nam o sobie przypominają. Ale reszta? Nie wiem, jak Wy, ale ja już mniej więcej minutę po włączeniu „IV” wiedziałem, że jakiekolwiek moje obawy były bezpodstawne.

„IV” to opisane dźwiękami szczęście ludzi, których artystyczne porozumienie nigdy nie zaniknęło. To celebracja radości życia, zarażanie optymizmem, zachęcanie do tego, by patrzeć raczej w jasną, nie zaś w ciemniejszą stronę. To piękno latynoskich tanecznych rytmów, cudownie wzmocnionymi przez perkusjonalia. To przepiękne melodie gitar, długie, sunące elegancko w przestrzeni dźwięki Santany i Schona. To również odpoczynek, zaduma, nostalgia (np. „Forgivness”). Wszystko, co wymieniłem urzeka momentalnie. Również z miejsca zachwyca to, że tu nie ma żadnego oszustwa, robienia czegoś na siłę, nie ma, dajmy na to, próbowania na siłę napisania czegoś á la „Smooth”, żeby przebić się na listach. Że emanuje z płyty pozytywna energia spotkania się serdecznych przyjaciół, którzy postanowili pocieszyć się życiem poprzez dźwięki, gdyż zdają sobie na pewno dobrze sprawę, że artystów z ich pokolenia coraz liczniej, niestety, ubywa i przegapiona szansa może się nie powtórzyć. Zespół Santana – co podkreślić stanowczo trzeba, gdyż komponowali wszyscy – może nie nagrał dzieła na miarę debiutu z 1969 roku, ale jeśli ktoś szuka, ceni rock z latynoskim i delikatnie jazzowym sznytem, wpadnie w zachwyt. Do tego powstały z właściwych powodów, czyli z potrzeby serca i ducha.

Miałem wątpliwości, czy 75 minut muzyki, to nie za wiele. Szybko zniknęły. Bo tak mało dziś takich pięknych płyt i kompozycji jak „Anywhere You Want To Go”, „Filmore East”, „Choo Choo”, „Sueños”, czy „Love Makes The World Go Round” i „Freedom In Your Mind”. Dwie ostatnie wokalnie ozdobił legendarny Ronald Isley z The Isley Brothers. Miejcie tę płytę zawsze w zasięgu ręki, bo energii, jaka z niej bije, możecie często potrzebować. Kończąc mój hołd, mam tylko nadzieję, że jeszcze coś w tym składzie nagrają.