Scylla – „Pestilence, War, Famine And Death”

21 grudnia 2012
ok. 2 minut czytania

Jakiś czas temu wpadło mi w ręce demo szczecinian. Oczywiście, bywa tak, że początki są obiecujące, zaś później dzieje się z kapelą nie najlepiej. Ale było w muzyce Scylli coś, co kazało mi przypuszczać, że grupa nie zawiedzie moich oczekiwań. I nie zawiodła. A tym czymś, poza bardzo dobrym warsztatem, była wielka pasja bijąca z utworów.

Scylla zaczyna z poziomu, nie boję się tego napisać, światowego. „Pestilence, War, Famine And Death” brzmi świetnie i nie będzie żadnego wstydu przy prezentacji materiału na Zachodzie. Zespół, gdy rozsyłał wieści o demo, pisał o swojej muzyce krótko – metal / electronica. Pisał prawdę, aczkolwiek podane określenie jest powierzchowne. W głąb zawartości albumu zdecydowanie zajrzeć trzeba! Cóż w tej głębi na nas czeka? Masywne, rwane, laserowo precyzyjne i chłodne gitarowe riffy. Skojarzenia? Na pewno szwedzki thrash/death metal pokroju Soilwork, Dark Tranquillity, In Flames, na pewno granie w stylu Fear Factory, także mistrzów z Meshuggah. Jest też trochę wciągającego, klimatycznego mroku pokroju Tool. Scylla nie tylko zwaliście młóci i wgniata w posadzkę. Gustowne melodyjne solówki w paru miejscach zdradzają inspirację wspomnianymi Meshuggah, ale nie zdziwiłbym się, gdyby gitarzyści kiedyś sięgali po Iron Maiden. Wspomnianej elektroniki jest tyle, ile potrzeba. Nie tylko w słowie miarę znać warto. W doborze składników muzycznych również. Zespół nie stara się pokazać, czego to nie potrafi. Skupia się na tym, by całość miała sens i odpowiednią ekspresję. Także wokalną, bo nie tylko growling mamy, lecz również kapkę czystych wokali. Efekt jest taki, że „Pestilence, War, Famine And Death” słucha się z rosnącym zainteresowaniem, odkrywa się kolejne smaczki. Są oczywiście perełki, na które zwróci się uwagę od razu, chociażby „Reaching The End”, złowieszczy „Disillusioned MMXII” i lekko toolowaty „The Grey”. Ale wielką siłą płyty jest to, że jest równa.

Scylla stworzyła materiał, który emanuje świeżością, energią, pomysłowością, a przede wszystkim pasją i radością z grania. Zaskoczenie jest równie potężnie pozytywne, jak potężna momentami jest muzyka. Może bębny mogłyby brzmieć mniej syntetycznie i trochę głębiej, ale to malutki detal, który nie może obniżyć wysokiej oceny. Wszak Scylla debiutuje, a debiutanci mają prawo do błędów. Oby w przyszłości popełniali ich jak najmniej i oby kolejne płyty szczecinian robiły jeszcze większe wrażenie. Świetny album! Gorąco polecam.