Selah Sue – „Selah Sue”

14 grudnia 2011
ok. 1 minuta czytania

Piszę powinno, bo show-biznes bywa kapryśny i czasem zdolne, ładne, pomysłowe dziewczyny przepadają. 22 -letnia Belgijka zrobiła jednak swoje, by zabłysnąć. Najpierw dla Sanne Putseys, jak się naprawdę nazywa wokalistka, zrobiła coś Bozia. Mianowicie obdarowała dziewczę wyrazistym, trochę chropowatym, fantastycznym głosem. Ona sama postanowiła poflirtować z ładnie zaaranżowanym, momentami wręcz bigbandowym popem, nieśmiało pofiglować z jazzem, nieco śmielej z hip-hopem (nawet z trip-hopem), pobujać się z reggae i umówić na kilka niezapomnianych randek z brytyjskim soulem. Potem pomieszała syntetyczne, poklejone, plamiste dźwięki z ślicznym organicznym, bogatym brzmieniem. Pokazała się z drapieżnej, niemal rockowej strony (krzyczane partie w „Raggamuffin” czy „Fyah Fyah”), ale i łagodnej, lirycznej („Summertime”). Udowodniła, że znakomicie czuje się melorecytując, jak i śpiewając, pasują do niej rozdęte (od dęciaków) aranże, ale i te skromne, akustyczne. Zaprosiła też do współpracy Nnekę i Me’shell Ndegeocello (jako producentki) oraz Cee Lo Greena, z którym stworzyła bardzo czarny, powłóczysty numer („Please”). W końcu nagrała doskonały, wspaniale uzależniający utwór „Peace of Mind” – jeden z najlepszych w tym roku.

Selah Sue swoje zrobiła, teraz Państwa kolej. Wystarczy kupić płytę. Prince już swój egzemplarz ma.