Simian Mobile Disco – „Temporary Pleasure”

22 sierpnia 2009
ok. 2 minut czytania

Debiutanckim „Attack Decay Sustain Release” Anglicy pięknie wtargnęli na klubowe parkiety, proponując znakomitą mieszankę techno, electro, indie i współczesnych, by nie powiedzieć nowoczesnych dźwięków. Dzięki temu dostaliśmy takie taneczne „killery” jak „It’s the Beat” czy „Hustler”. Na próżno podobnych numerów szukać na „Temporary Pleasure”.

Jako, że muzycy mają ustaloną renomę, przy okazji drugiej płyty nie mieli najmniejszych problemów z nakłonieniem do współpracy „dużych nazwisk”. Chwilami dużych par excellence (mowa o Beth Ditto, ale do niej dojdziemy za chwilę). Duet połączył więc wracające do łask disco i rave’owe klimaty ze stylem gości a raczej napisał utwory, tak, aby jak najlepiej pasowały do zaproszonych artystów. Nic więc dziwnego, że otwierający „Cream Dream” brzmi nieco „kwaśno” skoro na wokalu pojawia się Gruff Rhys z Super Furry Animals (choć kawałek bardziej przypomina jego projekt Neon Neon), w „Bad Blood” pojawia się pewna nostalgia, która za sprawą głosu Alexisa Taylora obecna jest także w nagraniach Hot Chip. Beth Ditto jest natomiast na tyle silną osobowością, że sprowadzenie jej do roli epizodu, dodatku jest najwyraźniej wykluczone, stąd „Cruel Intentions” przypomina odrzut z ostatniej płyty Gossip.

Gdyby była to jakaś składanka wszystko co powyżej nie stanowiłoby zarzutu. Poszczególne piosenki są bowiem udane, niektóre nawet bardzo. Singlowy „Audacity of Huge” czy „Off the Map” na pewno doskonale sprawdzają się nad ranem w tanecznych festiwalowych namiotach. Problem w tym, że trudno „Temporary Pleasure” nazwać płytą Simian Mobile Disco. Całość jest nadto eklektyczna (czytaj chaotyczna); znalazło się miejsce nawet na grime’owe elementy – „Turn Up the Dial”.

Ford i Shaw chcieli chyba zrobić coś, co przez lata w wielkim stylu udawało się The Chemical Brothers. Różnica polega na tym, że u tamtego duetu „Let Forever Be” z Noelem Gallagherem nie brzmi jak Oasis, „The Test” z udziałem Ashcrofta nie mogłoby znaleźć się na żadnym krążku The Verve, „Believe” gdzie śpiewa Kele Okereke w najmniejszym stopniu nie przypomina Bloc Party.