Siwers – „Bez ceregieli”

26 maja 2013
ok. 2 minut czytania

Tytuł longplaya jest idealnym odzwierciedleniem jego zawartości. Siwers postawił na klasyczny, nowojorski hip-hop z lat 90. i ani w muzyce ani tekstach z niczym przesadnie nie kombinował. Swoje kawałki kieruje do odbiorców z każdej grupy społecznej, ważne, żeby spełniali jeden warunek – kochali rap w jego oryginalnej formie. Sto procent samplingu, czasem aż zanadto oklepanego. Trudno zliczyć, który to już raz w hip-hopie wykorzystano fragment „Summer Madness” Kool & the Gang czy „Love Hangover” Diany Ross, ale w sumie nie zamierzam się tego czepiać, bo szczególnie „Bez talentu”, oparte o pierwsze z wymienionych nagrań, brzmi naprawdę wyśmienicie. Warstwa muzyczna albumu jest najwyższych lotów. Siwers inspirując się brzmieniem takich tuzów jak Lord Finesse, Showbiz, Pete Rock czy producenci kolektywu Da Beatminerz, przygotował tłuste, boom-bapowe brzmienie w niczym nieodbiegające od wzorów. Warszawiak od dawna przejawiał duże możliwości i „Bez ceregieli” stanowi ich potwierdzenie w stu procentach.

Pozytywnym zaskoczeniem bardziej więc jest to, że świetnie poradził sobie także jako raper, a wcześniej niczym szczególnym się w tym temacie nie wyróżniał. Tymczasem trudno się do czegoś przyczepić, bo mamy niemałą rozpiętość tematów, od kawałków motywujących, przez refleksje na temat lat młodości, wspominki osiedlowe, wątek historyczny, aż po przechwałki, tak charakterystyczne dla klasycznego hip-hopu. Siwers sam siebie określa mianem lokalnego patrioty, ulicznego poety i rzeczywiście, jest to adekwatne określenie. Zdarzają się podwójne rymy, zabawa techniką, ale najczęściej jest mocna, stylowa, uliczna nawijka.

Bez ceregieli i ozdobników. Konkretnie i prosto do celu. Tak wypada Siwers na solowym debiucie. Pozycja, która na pewno będzie mocnym kandydatem do czołówki najlepszych rapowych wydawnictw 2013 roku. To pewne już dziś.