Skubas – „Wilczełyko”

11 września 2012
ok. 2 minut czytania

Nie jestem odkrywcą. Bliżej mi raczej do inżyniera Mamonia niż Gilles’a Petersona. A jednak od czasu do czasu, udaje mi się znaleźć jakiś nieoszlifowany diament. Tak właśnie było podczas koncertów Smolika, które na wokalu uświetniał obdarzony niesłychanie ciepłym, miękkim głosem koleś w kaszkiecie zwany wówczas Squbassem. Po ładnych paru latach ów koleś, zwany już Skubasem, w końcu postanowił wydać solowy album. I przyznam, że dawno się tak nie ucieszyłam na wiadomość o płycie polskiego wykonawcy. Pamiętając jego popisy na żywo (nie tylko u Smolika) i gościnne występy wiedziałam, że zaproponuje co najmniej coś ciekawego. Spodziewałam się jednak raczej czegoś związanego z szeroko pojętym hip-hopem/R&B i generalnie rozbujanymi dźwiękami. Tymczasem wydawca w notce promocyjnej trochę mnie wystraszył, zapowiadając na albumie „Wilczełyko” nawiązania do grunge’u i folku. Nie żebym nie lubiła grunge’u, wręcz przeciwnie, kocham miłością niezachwianą, niezmąconą i bezwarunkową. Bałam się jednak, że dostaniemy brzmiący niemodnie, przeciętny rockowy album. Nic bardziej mylnego.

Owszem, jest i grunge („Over the Rising Hills”) i folk („Linoskoczek”), ale absolutnie na miarę XXI wieku. Bogate w rytm (genialne „Więcej nieba”, znakomite „Eyes of Vanity”), ładnie pozlepiane z wielu dźwiękowych warstw („Szarość”). Przede wszystkim jednak ze Skubasem za mikrofonem. Koleś potrafi śpiewać po prostu wspaniale. I nie chodzi o jakąś wokalną ekwilibrystykę, ale o swobodę, luz, o cieniowanie emocji. Dopiero słuchając Skubasa, człowiek uświadamia sobie, jak niewielu twórców tak wygodnie czuje się w muzycznej przestrzeni i jak niewielu zdaje sobie sprawę jak ta przestrzeń jest w muzyce potrzebna. Ten facet udowadnia, że nie trzeba krzyczeć, by było dosadnie, że wystarczy kilka linijek prosto z serca, by wciągnąć słuchacza, że coś takiego jak magnetyzm w głosie naprawdę istnieje.

„Wilczełyko” to muzyka gitarowa, raz bardziej zadziorna, zabarwiona rockowo („Prawie jak Kurt”), kiedy indziej delikatniejsza, stonowana, zbudowana z kruchych akustycznych elementów („Rain Song” z udziałem Keva Foksa). Przetkana melancholią, ozdobiona orientalnymi motywami, podbita bluesową szczerością. Niby zwyczajna, niby prosta, a jednak niedająca się prosto określić i na swój sposób nadzwyczajna. Nigdy tego nie robię, ale tym razem zaapeluję. Posłuchajcie tego albumu, bo naprawdę warto.

P.S. „Więcej nieba” to u mnie poważny kandydat do piosenki roku.