Skunk Anansie – „Black Traffic”

12 września 2012
ok. 2 minut czytania

Jest w tym pewna przesada, uogólnienie, a nawet uproszczenie, ale dawno nie słyszałam tak soczystego, rockowego materiału. Niewątpliwie pewien wpływ na odbiór i ocenę miały warunki, w jakich przyszło mi zetknąć się z drugą po reaktywacji płytą Skunk Anansie. Było to bowiem podczas zorganizowanego przez wytwórnię wspólnego odsłuchu nowych albumów Muse, Green Day oraz Skin i jej kolegów. Właśnie w zestawieniu z pozostałymi krążkami, „Black Traffic” jawi się jako najbardziej rockowy, mocny, bezpośredni i paradoksalnie męski album. Nie chodzi tu o porównywanie Skunk do Muse czy tria z Kalifornii, ale gdyby tak wzorem profesora z komedii „Poszukiwany, poszukiwana” badającego zawartość cukru w cukrze, zmierzyć zawartość rocka w rocku, Skunk Anansie okaże się w tym towarzystwie niewątpliwym liderem.

Jest tu wszystko, czego trzeba, by nagrać świetną rockową płytę. Żar, pasja, wściekłe gitary i jeszcze bardziej wściekła Skin, która kiedy trzeba nie boi się rzucić fuckiem. Zaczyna się konkretnym kopem w postaci „I Will Break You”, rozpędzonym, takim przy którym od razu chce się machać głową. No i ten grząski, półbagienny refren – mistrzostwo. Równie mocnych momentów mamy tu znacznie więcej „Spit You Out” wyróżnia wyrazista perkusja, „Satisfied” ma fajne motoryczne, nerwowo rozedrgane zwrotki, a – mój ulubiony w zestawie – „Sticky Fingers in Your Honey” to taka fajna, napędzana riffami, wkurzona piła mechaniczna – prosto, do przodu i w psyk. Oczywiście, jak to na płytach Skunk Anansie mamy też spokojniejsze, balladowe numery, z których najładniejszy to chyba „I Hope You Get to Meet Your Hero” z lekko triphopowym klimatem.

Bez względu na to czy jest delikatnie czy ostro, zawsze są emocje, zawsze jest szczerość i muzyka prosto z serca. Najprawdziwszy rock, który brzmi świeżo i soczyście, jest energiczny, zadziorny i przebojowy. Brawo.