Smolik – „Smolik”

13 maja 2011
ok. 1 minuta czytania

Artysta przyzwyczaił nas do przyjemnych, nieco nieuszczelnionych elektronicznych dźwięków przetkanych organicznymi drobiazgami. Do niespiesznych, sennych melodii okraszonych łagodnymi wokalami. Do pełnych uroku utworów zaaranżowanych z polotem. Na „4” z sobie tylko znaną gracją sięga po sprawdzone patenty. Na dzień dobry (czy raczej dobry wieczór, bo płyta piękniej brzmi po zmroku) czekają nas eleganckie dęciaki i Gaba Kulka w wyrafinowanym, jazzującym „S.O.S. Songs”. Dalej mamy szybujące smyki i odrobinę folku z francuskim akcentem, tj. Emmanuelle Seigner, seksowne za sprawą głosu Kasi Kurzawskiej z Sofy „Never Sing The Love Songs” czy wyróżniające się akustycznym brzmieniem „L.O.O.T.T.”, w którym pojawia się Kev Fox.

Skromnym zdaniem niżej podpisanej, najlepiej wypadają jednak wycieczki w stronę czarnych brzmień, a dokładniej utwór „V Girl” z udziałem sprawdzonego już Victora Daviesa, który kołysze równie miło, jak „It Ain’t Over ’til It’s Over” Lenny’ego Kravitza. Mogłoby w zestawie pojawić się więcej piosenek w tym klimacie. Szkoda też, że Smolik nie do końca wykorzystał potencjał Sqbassa i „obsadził” go w bujającym orientalnie, melancholijnym „Pirat Song”. Wyszło oczywiście ślicznie, ale wokalista nie miał okazji w pełni zabłysnąć.

Smolik jest niezaprzeczalnym mistrzem w tworzeniu muzyki miłej i przyjemnej. Kojącej, relaksującej, wyciszającej, ale i subtelnie oddziałującej na zmysły. Swym czwartym albumem udowodnił, że pozostaje w tej kategorii bezkonkurencyjny.