Sodom – „Epitome Of Torture”

12 maja 2013
ok. 2 minut czytania

Podejrzewam, że dla wielu starszych fanów thrashu jest oczywiste, że Sodom swoje najlepsze płyty nagrał ponad dwie dekady temu, zaś później trafiały mu się albumy mniej lub bardziej przyzwoite. Do poziomu „Better Off Dead”, nie wspominając o pierwszych trzech klasykach, trio z Gelsenkirchen już nigdy się nie zbliżyło. Zmieniała się nieco produkcja, krążki miały różny stopień brutalności. Zawsze jednak dominowała thrashowa siermięga, mająca, nie przeczę, chwilami swój urok, proste i szybkie kawałki, nad którymi unosił się charakterystyczny krzyk Toma Angelrippera.

Jako że Sodom nie należy do metalowych innowatorów, lecz raczej rzetelnych naśladowców, na „Epitome Of Torture” nic nikogo nie zaskoczy. Trio stawia na sprawdzone rozwiązania, więc znów za sterami konsolety zasiadł Waldemar Sorychta, który brzmieniowo odpowiednio całość oprawił. Motywem przewodnim płyty są tortury, okrucieństwo wyrządzane drugiemu człowiekowi na różne sposoby. Do takich kwestii pasuje muzyka ostra, brutalna, i taka na płycie jest. Brutalniejsza niż na „In War And Pieces”, bez miłych maidenowych melodyjek (patrz „God Bless You”, „The Art Of Killing Poetry” z poprzedniego krążka). Z paroma wyróżniającymi się numerami, jak firmowy, wyrosły z tradycji Venom i Motörhead „S.O.D.O.M.”, „Cannibal” i „Shoot Today – Kill Tomorrow”. Trudno też nie zapamiętać „Katjuschy” z charakterystyczną melodią, którą Sodom zapewne w mig wkupi się w łaski rosyjskich fanów. Reszta to przyzwoita łupanka, taka do nieskrępowanego szaleństwa w koncertowym młynie, którą jednak zachwycać się trudno.

Sodom ma dziś status legendy, na który zapracował ciężko przez ponad 30 lat. Trudno jednak oprzeć się pojawiającemu się od lat wrażeniu, że legendarne płyty już kapeli nie grożą. Solidne, przyzwoite, przyjemne w odbiorze, tak. Tylko takie i aż takie.