Sofa – „Hardkor i Disko”

26 lutego 2012
ok. 2 minut czytania

Po pierwszym wysłuchaniu płyty byłam zła. Już po 20 sekundach dobiegły mnie bowiem elektroniczne dźwięki, które – jak się miało okazać – zdominowały całe „Hardkor i Disko”. I nie mówimy o jakichś tam klawiszach w stylu Prince’a, które zespół już wcześniej prezentował, ale takie taneczne, czasem popowo-ejtisowe, czasem lekko agresywne kojarzące się z łagodniejszym Cool Kids of Death. Byłam zła, bo spodziewałam się ciepłego funku, soulu, hip-hopu, może nawet disco, tymczasem otrzymałam to samo, co grają wszyscy dookoła. Jak wiadomo jednak, la donna e mobile, więc po jakimś czasie złość mi przeszła i włączyłam album raz jeszcze. Za drugim – i każdym kolejny – podejściem usłyszałam, jak kapitalny i inny od wszystkiego dookoła jest nowy longplay Sofy.

Pomimo mnogości i bogactwa syntetyczno-elektronicznych brzmień (od eterycznych po dubstepowe), jest tu miejsce i na rasowe rapowanie („Bloodshed”), fajną, funkującą pulsację (numer tytułowy), patenty ze współczesnego R&B („Headlights”) czy akustyczne dźwięki („On nie mowi”). Bez obawy, nieco rasowego popu też się znajdzie („Electro Insanity”) i naprawdę sporo gitar. Utwory są ciekawe, różnorodne, często zaskakujące, czasem naprawdę odważne. Przede wszystkim to płyta szalenie błyskotliwa, inteligentna i zabawna. Nowoczesna, niepozbawiona finezji i na niebywale wysokim poziomie. Co też ważne i fajne, najwięcej zyskuje jako całość. Pojedyncze numery mogą się podobać, niektóre z miejsca wpadną w ucho (ciekawe, kiedy przestanę nucić refren „Chłopców”), ale dopiero zebrane razem w pełni ukazują talent formacji.

Z pozoru to kolejny wypełniony elektroniką album, ale jak wiadomo, pozory mylą.