Soulsavers – „Broken”

20 sierpnia 2009
ok. 2 minut czytania

Ta płyta jest po prostu dobra. Ma wszystko, czego trzeba, na właściwym miejscu, w odpowiednich proporcjach, idealnie wyważone. Jest wyjątkowy, mroczny klimat. Są ciekawe brzmienia (rockowe, przeplatane elementami gospel, psychodelii, niepokojącej elektroniki). No i ten głos. Gwoli ścisłości głosów (a dokładnie gości, którzy ich udzielają) jest kilka, ale tak naprawdę liczy się tylko Mark Lanegan (choć panom bardziej może spodobać się pojękująca Red Ghost). Wiadomo, że jego niski timbre przyprawia o drżenie nie tylko kolan. Rich Machin i Ian Glover, kryjący się za szyldem Soulsavers, już przy okazji poprzedniego krążka, „It’s Not How Far You Fall, It’s the Way You Land”, udowodnili, że doskonale widzą, jakie dźwięki dopasować do tego wokalu. Nie dziwne więc, że niektóre numery, jak „Unbalanced Pieces” czy „Pharaoh’s Chariot” po drobnych modyfikacjach z powodzeniem mogłyby się znaleźć w repertuarze, któregoś ze wspólnych projektów Lanegana z Gregiem Dullim.

Na „Broken” panowie w zasadzie kontynuują podróż drogą obraną w 2007 roku, gdzieniegdzie przenosząc tylko środek ciężkości w bardziej rockowe, co nie znaczy ostre rejony. Wciąż jest miejsce na brudny soul, coś z folku i bluesa, wręcz triphopowe podkłady. Panowie doskonale operują też ozdobnikami. Czasem jest to łkająca gitara, czasem delikatne smyki, smutne dęciaki. Nic co by się narzucało, a jedynie wzbogacało i urozmaicało całość. Pomimo chwilowo podniosłych fragmentów, nie ma mowy o przytłoczeniu, nadęciu.

Nie sposób szczędzić pozytywnych komentarzy pod adresem tego albumu. Najważniejsze jednak, że to naprawdę piękna muzyka.