Spięty – „Antyszanty”

17 listopada 2009
ok. 2 minut czytania

Fani liczący na to, że na krążku usłyszą wariacje na temat Lao Che, rozczarują się, a niejeden przeżyje szok. Brak tu z rozmachem zaaranżowanych piosenek, które mogą zawojować listy przebojów, choć akurat ten artysta nigdy nie koncentrował się na sukcesie. Osiągnął go, ale na swoich warunkach. Jeśli ktoś sugerował mu pójście w ramiona komercji, to zapewne miał dla kogoś takiego odpowiedź z „Morża” – spierdolamento.

Łącznikiem z Lao Che jest tylko głos Spiętego. Nie wiem, czy pacholęciem będąc chciał być marynarzem, ale w nomenklaturze marynistycznej obraca się on tak zręcznie, że o przygodach morskich pewnie dużo czytał. I w okręty grał. Forma szanty też nie jest mu obca. Słowa wypływają z niego obficie, z wyczuwalną lekkością. Żongluje nimi mistrzowsko, wplata neologizmy, nie unika dosadności niczym wyposzczony długim rejsem marynarz („Nie ma to jak gorąca cipka i jeden głębszy”), mruga okiem do słuchacza. Niektóre porównania, choć wulgarne, wzbudzą głęboki rechot („Porwany żagiel lata, jak portowej dziwce majtki”). Wyliczanki, zdrobnienia i słowna gimnastyka mogą sprawiać wrażenie infantylne, ale uwaga – często pod z pozoru śmieszną treścią znajdują się przenikliwe uwagi o życiu i ludziach.

Piosenki są ascetycznie zbudowane, w większości stonowane. Spiętemu towarzyszą najczęściej gitara, tamburyn, dudniący bęben, jakby nadający rytm wiosłującym. Pojawia się banjo, drumla, gitara hawajska, ukulele, syrena alarmowa, nawet okrzyk Tarzana i głos pociechy Spiętego. Jest i sparafrazowany wers „Hej, żeglujże żeglarzu” Maryli Rodowicz. Żywiej jest w paru numerach – w śmieszno-strasznym „Trafiony- zatopiony”, gdzie wykorzystano oldschoolową elektronikę czy skocznym, wesołym „Kalikimaka”. Jest i rasowa szanta, „Haba haba i ding ding dong”, taka erotyczna porada dla żółtodzioba, że powinien „dać w pierze nurka” z apetyczną ciotką i jej „córką rajfurką”. Reggae’owo buja zamykający album kawałek „Szkoda”, jeden z dwóch najbardziej przyjaznych antenie radiowej numerów (obok „Kalikimaka”).

Najlepiej do opisu „Antyszant” pasują słowa Spiętego z „Nie wszystko zostało napisane”: „I będzie to marne, i będzie mocarne, i będzie ponure, i będzie figlarne”, tylko trzeba wyciąć słowo „marne”. Marna ta płyta nie jest. Ale nie jest też łatwa do przyswojenia. Trzeba z nią trochę pożeglować, niejeden kielich grogu wychylić, aby się porozumieć i zaprzyjaźnić.