Sting – „If on a Winter’s Night… „

17 maja 2010
ok. 1 minuta czytania

Brytyjczyk wielkim muzykiem jest bez dwóch zdań. Nie znaczy to jednak, że nagrywa wielkie płyty. W przypadku „If on a Winter’s Night” wielka jest co najwyżej nuda. Nagranie świątecznego albumu to jedna z najprostszych artystycznych dróg do strzelenia sobie w stopę. Na palcach jednej ręki można wymienić twórców, którzy podołali temu wyzwaniu. Sting niestety do nich nie dołączy.

Od pierwszej minuty artysta stara się nas wprowadzić w cudownie ciepły, rodzinny nastrój. Błyskawicznie jednak zamiast pomagać w osiągnięciu harmonii, wprowadza nerwowość. Dlaczego? Ano dlatego, że przekracza granicę oddzielającą muzykę tła od nieznośnie słodkiego produktu, w którym wszystko zaczyna irytować. Nie chodzi od razu o to, żeby nagrywać kolędy w metalowej estetyce (chociaż jeśli brzmiałyby dobrze, to czemu nie?), ale żeby w muzyce był jakikolwiek pazur, charakter. „If on a Winter’s Night…” jest tego całkowicie pozbawione. To rewelacyjny środek nasenny.

Sting zapomniał, że nagrywa płyty nie tylko dla siebie, ale też dla fanów. Żeby zakończyć recenzję jednak czymś pozytywnym, znalazłem doskonałe zastosowanie „If on a Winter’s Night…”. Gdy musicie kupić świąteczny prezent komuś, za kim nie przepadacie, trudno o lepszy wybór.