Sugababes – „Sweet 7”

24 września 2010
ok. 1 minuta czytania

Chciałem zacząć tę recenzję od pochwał i wymienienia plusów wydawnictwa. Niestety niespecjalnie jest za co Sugababes chwalić. Obecny skład zespołu w niczym nie dorównuje klasie, jaką gwarantowały Mutya Buena i Keisha Buchanan. Nowa członkini Jade Ewen to akurat pół biedy, bo dziewczyna ma niezły głos, który sprawdza się zarówno w spokojnych, balladowych kompozycjach, jak i szybszych numerach. Amelle i Heidi wypadły niestety miernie.

Wina i odpowiedzialność za niski poziom „Sweet 7” spada jednak przede wszystkim na producentów. Co z tego, że RedOne, Stargate, Fernando Garibay czy Ne-Yo to ludzie o dużym potencjale, skoro nie potrafili dostarczyć Sugababes muzyki wyróżniającej ten produkt na tle tysiąca innych? Coraz bardziej razi to ślepe podążanie za estetyką w stylu Lady GaGi, Timbalanda, Davida Guetty i Rihanny. Kawałki zlewają się w jedną, mdłą papkę i już w połowie nie tak wcale długiej płyty, zaczynamy ziewać. Później jest jeszcze gorzej, niestety…

Formuła współczesnego popu z domieszką R&B (tudzież na odwrót) zaczyna być coraz bardziej nieznośna. Szkoda, że Sugababes, czyli zespół mający na koncie tak zadziorne hity jak „Freak Like Me”, „Round Round” czy „Overload”, zamiast kreować tylko nieudolnie kopiuje. Miał być wielki powrót, wyszło wielkie nic.