The Black Dahlia Murder – „Ritual”

5 lipca 2011
ok. 2 minut czytania

Obowiązkowa dawka mroku, opuszczonych cmentarzy, zła czającego się na każdym kroku, straszenia na rozmaite sposoby. To melodyjny death metal TBDM ma w kanonie tekstów. Muzycznie są gęste gitary i bębny, młócące bez litości. Często siermiężnie, ale bywa, że riffy są ciekawe i wciągające. Ortodoksi wybaczcie, ale mam szczęście, lub nieszczęście, zaliczać się do tych, którzy obserwowali poczęcie melodyjnego death metalu i jego starzenie się, więc po latach piać wpiekłogłosy na każdą płytę w tym stylu jest mi naprawdę trudno.

Nie wyśmiewam się z The Black Dahlia Murder. Przeciwnie. Choć jest u nich nużąca przewidywalność i czasem łeb pokazuje siermięga, to kapela z Michigan ma wielki atut. Imię i nazwisko jego to Ryan Knight, zawód wykonywany – gitarzysta prowadzący. Facet gra kapitalnie. Solówki wymiata takie, że brwi się unoszą z podziwu. Nie zdziwię się, gdy za jakiś czas dostanie ofertę z zespołu znacznie wyższego formatu. Jest w jego grze wściekłość i potęga Slayera, technika Alexa Skonicka z Testament, jak i taka kołysząca melodyjność wioślarzy Iron Maiden. Gdyby w Arch Enemy nie było Chrisa Amotta, Ryan mógłby stworzyć cudowny duet z jego starszym bratem Michaelem.

Nie byłem i nie będę wielkim fanem The Black Dahlia Murder. Zawsze będą dla mnie zespołem jedynie solidnym. Takim, co zna zasady gatunku i umie je dobrze wcielić w życie, dobrze zabrzmi na płytach. „Ritual” brzmi znakomicie (Mark Lewis, m.in. Deicide). Ale na tym albumie TBDM parę razy zaskoczył mnie in plus. „Blood In The Ink”, „Carbonized In Cruciform”, „A Shrine To Madness”, „The Widow” – to numery świetne. Kiedy Trevor Strnad przechodzi od głębokiego growlu do przeraźliwego, wysokiego krzyku, trudno nie mieć skojarzeń z Cradle Of Filth. Do Anglików jeszcze trochę im brakuje. „Ritual” to morderstwo niedoskonałe i raczej niezaskakujące. Wykonane jednak z podziwu godną rzetelnością.