The Cult – „Hidden City”

11 lutego 2016
ok. 2 minut czytania

Przy wielu wykonawcach pojawiają się opisy, iż ich muzyka trudna jest do jednoznacznego sklasyfikowania, zaszufladkowania. W przypadku The Cult jest zgoła inaczej. To po prostu rock. Siarczysty, soczysty i hałaśliwy. Gdzie gitary są głośne, perkusja mocna, a wokal pełen ekspresji. Kiedy dodamy, że nad brzmieniem czuwał Bob Rock (ten, który „zepsuł” Metallicę, pomagając przy „Czarnym albumie”), można mieć dość jasne wyobrażenie o tym, jak brzmi nowy album The Cult. Dokładnie, brzmi pysznie.

Właśnie to jest największy atut. Ten prawdziwy rockowy pazur, zadziorność, motoryczność i pewna zgrzytliwość. The Cult nie jest jednak kapelą, która przytłoczy nas gitarowym monolitem, przygniecie ścianą dźwięku. Panowie lubią przestrzeń i smaczki, więc sporo w tych utworach powietrza i pojawiające się tam, gdzie trzeba pobrzękiwania basu, dźwięczące tamburyno, smutne pianino czy nawet mroczne smyki. Mrok zresztą nie pojawia się tu w dawkach homeopatycznych, choć o pogrążeniu w ciemnościach też nie ma mowy. Na pewno natomiast czeka nas sporo emocji, niepokoju, gniewu czy może przynajmniej złości, smutku/melancholii. Jedyny mankament to same kompozycje. Nie to, że są złe, ale raczej nie są to kawałki z miejsca zapadające w pamięć, wyróżniające się czymś szczególnym. Aczkolwiek raczej nie to było intencją muzyków, bowiem mamy do czynienia z płytą, która największą siłę rażenia ma w całości (stąd nie wymieniam żadnych konkretnych utworów), kiedy dostaniemy po uszach skomasowaną dawką tych dźwięków.

„Hidden City” to album dla tych, którzy lubią konkretną, wyrazistą rockową muzykę. Rytmiczną, melodyjną, z duszą i do słuchania na pełen regulator.