The Dresden Dolls – „No, Virginia”

1 czerwca 2008
ok. 2 minut czytania

O ile „Yes, Virginia” było zaczepnym, przebojowym dziełem, „No, Virginia” wydaje się być jego lekko rozcieńczoną wersją. Nowe pomysły kompozytorskie są trochę mniej niecodzienne. Głos Amandy Palmer trochę mniej zadziorny. Jakby mniej tu aktorstwa, więcej zwyczajnych, nagich emocji. Mniej kabaretu, więcej życia.

Na krążek złożyło się kilka nowych nagrań, oraz utwory zarejestrowane podczas sesji nagraniowej do poprzedniego albumu. Większość piosenek nawiązuje feelingiem do poprzedniej płyty, wykorzystując podstawowe instrumentarium (fortepian, perkusja) oraz punkową stylistykę. Tu i ówdzie pojawiają się ślady basu i gitary, brzmienie pozostaje jednak surowe i przejrzyste.

Najbardziej przebojowo prezentują się „Night Reconnaissance” z wpadającym do ucha refrenem i staromodnymi chórkami oraz rozbudowane „The Kill” o zmiennym nastroju. Słabo wypada zbyt emocjonalny i umownie ubrany w formę ballady „Boston”. Pięknie prezentuje się natomiast smutna, refleksyjna kompozycja „The Gardener”, której klimat przywodzi na myśl co łagodniejsze kompozycje Trenta Reznora, skądinąd przyjaciela i wielkiego fana zespołu. Dodatkową ciekawostkę stanowi wpleciony pomiędzy oryginale kompozycje utwór „Pretty In Pink”, znany z repertuaru nowofalowej legendy The Psychedelic Furs. Interpretacja Amerykanów wyraźnie dowodzi, że tradycyjny punk jest tym, w czym czują się najlepiej.

Prawdopodobnie dla słuchaczy, którzy nigdy wcześniej nie mieli styczności z The Dresden Dolls, „No, Virginia” okazałby się przełomowym dziełem. Myślę jednak, że zaznajomieni z poprzednią płytą fani Amerykanów postawią nowym nagraniom niższą notę. Chyba, że kochają muzykalnych Bostończyków miłością absolutnie bezkrytyczną. Co w zasadzie mogłabym zrozumieć.